header1.jpgheader2.jpgheader3.jpgheader4.jpgheader5.jpgheader6.jpg

logo

Znajomi

Wakacje na działce w dżungli

Ocena użytkowników:  / 19
SłabyŚwietny 

mt_none:Przylecieliśmy 11 lutego 2011 niespodziewanie właściwie na tydzień przed zadzwoniliśmy do Mietka, że chcemy sobie pobyć 3 dni do tygodnia na działce w Kimiri z namiotem. Co nam powiedział że ma tam co prawda stary może trochę prymitywny ale domek. Żebyśmy tylko zabrali śpiwór i ewentualnie dmuchany materac. I tak po wylądowaniu w Limie, po przesiadce w Houston, dalej rannym autobusem przez góry do La Merced, tam już na nas czekał Mietek ze swoją niebieską mototaxi typu Bajaj.

Zawiózł nas do siebie czyli Nijandari. 2 dni aklimatyzacji wyprawa na rynek zwany Owalo, małe zakupy czyli ryż, miód, sól, mąkę trochę ziemniaków, zmielonej kawy, oleju, 2 butelki wina wytrawnego o nazwie Gato, skondensowane mleko i parę innych drobiazgów. Potem krótki spacer po mieście widać że w ciągu tych ponad 2 lat wszak ostatnio byliśmy tu w sierpniu 2008 Mietek z Vanessa mieszkali wtedy w wynajętym Apartamencie na Capello a ich Klinka dopiero wychodziła z ziemi. Koło kościoła zaczęto wykopy pod nawy budynek zarządu regionu i miasta - teraz już wykończony klinka w 80% też dodatkowo postawili ładny bungalow  i roboty ciągle trwają. Na górę działki koło kliniki wybudowali schody 410 stopni i tam mały bungalow. Trochę pospacerowaliśmy i po rozpakowaniu zdecydowaliśmy tylko to co niezbędne zabrać ze sobą na działkę. Vanessa pożyczyła nam garnki i sztućce i pocieszała mnie że ta dżungla nie jest taka straszna - najgorsza to pierwsza noc, a  Mietek wyposażył nas w  maczety i siekierkę oraz latarki z czego jedna na solar pozostałe na baterię. Pożyczył nam jeszcze mały panel solar z przetwornikiem do ładowania baterii.

Orange mototaxiRano14 lutego po 8:00 pomarańczową motorynką, jako że nowsza i silniejsza, wyjechaliśmy. Trochę padało, przez La Merced w kierunku na San Ramon a potem za mostem skręt na drogę gruntową około 12 km. Co prawda nam się wydawało więcej. Początek był dość stromy i trudny - zwłaszcza koło elektrowni trzeba było wyskakiwać i popychać  zresztą jeszcze parę razy potem droga porozrywana przez deszcze  no i sporo ciężarówek motocykli i nawet 2 motataxi mijanie niezbyt łatwe zwłaszcza z obładowanymi ciężarówkami, po drodze chyba z 8 strumyków trzeba było przejeżdżać. Jesteśmy wprost zaskoczeni możliwościami tej mototaxi maleńkie kółka 8 cali mały silniczek bo tylko 150 cm pojemności a radziła sobie po takiej drodze gdzie samochód terenowy by miał spore trudności. W połowie drogi deszcz przestał padać i zaraz wyjrzało słońce. Piękne widoki na La Merced w dole wspaniałe góry i głębokie przepaście i sporo jakby wczepionych  w góry domków: jedne prymitywne, inne dość ładne, które należą przeważnie do niemieckich osadników. Skręt z głównej drogi, która prowadzi do San Martin, osady w większości Europejczyków, przejazd przez sporą rzeczkę i dalej trochę trudniejsza bo zarośnięta droga już do Mietka. Po jakiś 200 m zostawiamy moto u jego sąsiada Oscara na szczęście jest w domu, więc nam pomaga targać nasze rzeczy. Wszak to jeszcze prawie 700 metrów na drodze momentami sporo zielska trzeba było wycinać co z dużą wprawą robił Mietek, tak że o 10:30 byliśmy na miejscu. Chatka okazała się wcale niezła był spory pokoik no i prymitywna kuchnia na drzewo. Było nawet łóżko, co prawda podłoga gruntowa zajęło nam trochę czasu aby się rozlokować. Mietek z Oskarem poszli narąbać drzewa. Kasia trochę posprzątała, a ja z maczetą popróbowałem powycinać zielsko koło domku.. Jenak muszę stwierdzić że fajnie się patrzy jak ktoś macha maczetą. Mi po pół godzinie zrobił się spory pęcherz a i ręka zaczęła boleć to jednak nie klawiatura od komputera.domek widok z drogi

Za chwile zjawili się z pełnymi naręczami drewna.Ja sprawdziłem moją komórkę ale był słaby zasięg bo 1 kreska Oscar poradził mi wejść na górkę jakieś 50 metrów i rzeczywiście były 3 kreski. Umocowaliśmy nasz solar. Mietek z Oscarem pożegnali nas życząc dobrego wypoczynku no i zostaliśmy sami.

Postanowiłem pójść do strumyka po wodę w sumie do najbliższego było jakieś 60 m dobrze, że Oscar poprawił ścieżkę. Do większego co jest na granicy działek to jakieś 400 m tam jest nawet spory wodospadzik. Kasia postanowiła zrobić pierwszy obiad, sporo zajęło czasu nim udało się rozpalić w tej niby kuchni, chciałem porobić foto ale okazało się że aparat jak po drodze działał dobrze to teraz przestał. A drugi został w bagażach u Mietka. W kocu udało się ugotować zupę a ja w międzyczasie poszedłem naścinać ananasów i trochę bananów. Po obiedzie-kolacji zaraz zapadł zmrok, bo pomimo lata tu się robi ciemno już po 6 pm. Nie pozostało nic innego jak iść do łóżka ledwo usnęliśmy a tu hałas. Latarka na szczęście pod ręką. Co się okazało - 3 nietoperze jakoś je przepędziliśmy. A za chwilę jakieś piski a to mała małpka wlazła do mojego plecaka i się zaplątała. Jak chciałem ją uwolnić, to mnie podrapała, ale nie groźnie. Kasia prawie do rana niewiele spała budziła mnie co chwilę bo znów jakiś hałas. Dopiero nad ranem usnęła. Ja wstałem o 6:30 trochę popadywało, aby rozpalić kuchni i zapomniałem zamknąć drzwi a tu krzyk Kasi, że coś tu jest patrzę a to piękny tukan z potężnym dziobem siedzi na prowizorycznej półce. tucanZa chwilę przyszedł Oscar przyniósł świeże mleko od krowy i jajka. Więc zagotowaliśmy kawę i zrobiliśmy jajecznicę. Obejrzał moją rękę i wyszedł za chwilę przyniósł jakiś liści roztarł je i sokiem polał ranę szczypało trochę. Kasia obandażowała. Rozmowa z nim była trochę ciężka bo nasz hiszpański to trochę odmiana meksykańskiego, więc w ruch rozmówki słownik no i na migi – wytłumaczył nam że się wybiera do wioski po zakupy, więc postanowiliśmy pójść razem. Stwierdził że bliżej będzie przez górki niż drogą i rzeczywiście szedł przodem wycinając ścieżkę i po 20 minutach byliśmy już na głównej drodze, w ten sposób oszczędzając jakieś półtora km. Wioska spora ma 3 sklepiki restauracje 2 stacje benzynowe co prawda paliwo nalewa się z beczek. Ośrodek zdrowia, 2 kościółki i sporo dość ładnie utrzymanych domków. Zaprosiliśmy Oscara na posiłek: zupa 2 danie i refresco czyli kompot. W sumie 4 sole od osoby. Właściwie kupiliśmy trochę warzyw i pomidory oraz kilogram jajek no jabłka i droga powrotna .Dotarliśmy z powrotem koło 1 pm. Kasia wzięła się za obiad a ja po wodę i z torbą po owoce nazbierałem mango, znalazłem dziki czosnek i Kijon czyli imbir. Rośnie tego pełno nad strumykiem, przytargałem także 3 ananasy na deser. Po obiedzie mały spacer tym razem Kasia próbowała przygody z maczetą ale już po 20 minutach miała dość. .Jak wróciliśmy to niespodzianka reszta zupy i nasze kartofle padły ofiarą dzikich świnek - mama i 4 warchlaki sobie buszowały nawet nie specjalnie się nas bojąc. .Jakoś posprzątaliśmy i już wieczór i do spania tym razem już nie reagowaliśmy na hałasy. Bo w nocy sporo padało zaś rano piękna pogoda spacerek do strumyka na toaletę poranną i śniadanie. 2 małpki na początku nam się przyglądały ale przyjść nie chciały tylko skakały po drzewkach jak im wyniosłem trochę jajecznicy z ryżem to po chwili dopadły i wszystko znikło w ich pyszczkach. Ręka jakoś już się podgoiła, więc postanowiliśmy zrobić dłuższy spacer po górach wdrapaliśmy się na czubek najbliższej. Tak na pozór wydaje się blisko ale zeszło nam to sporo czasu i nawet schodząc trochę pobłądziliśmy. W pewnym momencie dopadły nasz pszczoły później się okazało że to Oscara brata ule. Kasię 2 ugryzły bo szła z tyłu a mnie chyba z 5 sztuk. Tak że trochę popiekło. Nazrywaliśmy trochę dzikich pomarańczy i cytryn no i trochę bananów i do domku już kolacji nie chciało się robić bo byliśmy wręcz padnięci. Małpki czekały ale dostały tylko sucharka .tu po wode

Noc zleciała szybko bo zmęczenie  po śniadaniu postanowiliśmy odwiedzić Oscara  nie było go w domku ale usłyszeliśmy szczekanie psa okazało się że jest na działce za rzeczką karczował pod ananasy czyli pinie po ichniemu.Trochę mu pomogłem ,po godzinie zaproponowałem aby Kasia zrobiła obiad więc poszliśmy do jego domku rozpalił pod płytą i pokazał gdzie co jest.No my dalej do karczowania zeszło nam do 4 pm .potem obiad,chwile odpoczynku i powrót do nas bo zaraz ciemno.Wdrapałem się na górkę i zadzwoniłem do Mietka że zostajemy jeszcze przynajmniej tydzień.

Rano małpki nas obudziły bo zaczęły drapać w drzwi znów toaleta śniadanie, tym razem małpki już podchodzą na jakieś 2 metry pokazał też się kapibari ale spłoszył się. Zdecydowaliśmy się popracować u Oscara tym razem było sadzenie ananasów. Okazuję się że oni wsadzają do ziemi te czubki z  ananasa. Podobnie jak wczoraj Kasia obiad a my sadzenie. Wieczorem Oscar zabił 2 kury i Jedną nam podarował i trochę jajek, więc skubanie i patroszenie. Następny dzień sam poszedłem do Oscara a Kasia gotowała rosół potem przyniosła na działkę, mówiła że kapibari przyszedł aż pod sam dom a małpki coraz bliżej figlowały. Dziś zakończyliśmy sadzenie i Oscar powiedział że rano będziemy wybierać miód a potem idziemy do jego kolegi Niemca co mieszka jakieś 2 km od niego. Rano zgodnie z obietnicą pomagałem mu przy pszczołach zeszło nam do 11:00 zanim żeśmy odwirowali 4 litry wspaniałego pachnącego miodu lekko kwaskowatego. Dał nam 1 butelkę pół litrową i wziął 1 litr i poszliśmy w odwiedziny do Hansa.

Hans z Niemiec z Hanoweru 8 lat temu przyjechał w odwiedziny do swego kolegi z Oxapampy i spodobało mu się jego życie. Zaczął szukać dla siebie działki i znalazł w okolicy Kimiri Centro, a że urodził się i dzieciństwo spędził w Bawarii, to ten teren mu bardzo przypominał tamte górki. W 2003 nabył działkę 5 hektarową bo mniejszych do kupna nie było. Jest to spora góra. Najpierw 4 miejscowych ludzi wykarczowało i przez 2 tygodnie zniwelowali placyk 20 na 18 m i zrobili ścieżkę dla motoru łącznie 1200 m teraz to już 5 lat temu zrobił małym spychaczem drogę.

Ma ogródek a w nim pomidory ,ogórki, marchew, kapustę, buraki, ziemniaki i wiele innych, masę drzew owocowych. Domek dół z pustaków kuchnia i łazienka 1 jeden pokój na dole a 3 pokoje  na górze z drewna ze swej działki prąd mają częściowo z turbinki na strumyku a resztę panel solar.

dom niemcowMają sporo inwentarza 2 świnie, kozę, 2 lamy, sporo kur i kaczek no i świnki morskie. Sporo dzikich zwierzątek się koło nich kręci małe małpki zwane Ti-ti, zielone papużki parę kapibari mac hetero no i czasem przychodzą dzikie świnki. Na strumyku zrobili mały stawek i mają trochę rybek i kaczki mają radochę. Całej uprawy maja około pół hektara bo jak twierdzą na ich 3 a teraz z małą wnuczką czwórkę to i tak za dużo, trochę sprzedają głównie Achote, Kawę i czasem owoce. W 90% są samowystarczalni nawet do napędu motoru używają własny alkohol robiony z trzciny cukrowej. Mają nawet kuchenkę na biogaz, który sami wytwarzają z odpadków. Wnuczka ma 5 lat i jest u nich już 3 raz i nie bardzo chce wracać do Niemiec bo ostatnio po 5 miesięcznym pobycie tutaj to u rodziców sporo chorowała i źle się czuła. Więc synowa zdecydowała że w przyszłym roku się do nas sprowadzą na razie wysłali trochę Euro na budowę dla nich domku. Wydzielili im 2 hektar i już wykarczowali i wyrównali mały placyk pod budowę. Bo oni sami chcą budować jak przyjadą. Mowią że początki były trudne zwłaszcza dla Helgi żony Hansa, bo urodziła i wychowała się w mieście, to przestawienie nie było łatwe nawet po 4 miesiącach pojechała z powrotem ale po roku wróciła i teraz nawet nie chce słyszeć o wyjeździe nawet do Limy gdzie była przez 5 lat tylko 4 razy..Już nawet nas i do La Merced nie ciągnie jeżdżę, tam tylko jak naprawdę coś potrzebuję bo większość załatwiam w San Martin, a jak nie ma to za dzień lub dwa dowiozą jak zamówię, a wszak nam się nigdzie nie śpieszy. Mają tylko radio. Telewizor przestał ich bawić. Mieli na początku nawet satelitarny ale oddali znajomym w prezencie. Wnuczka czasem ogląda bajki na odtwarzaczu DVD i tylko jak deszcz pada i nie może się bawić na zewnątrz. Mają tu sporo znajomych Europejczyków, tak że przeważnie co sobotę lub niedzielę u kogoś się spotykają. Robią sami różne nalewki i wina a nawet ich dalszy sąsiad piwo - dali nam spróbować nawet dość smaczne i mocne. Zostaliśmy u nich na noc było fajnie bo wszyscy mówili dobrze po angielsku, więc komunikacja była łatwiejsza zresztą ich hiszpański jest niewiele lepszy od mietkowego bo w domu ciągle po niemiecku. Mietek z żoną też tylko po angielsku a gdzie indziej jakoś się dogaduję. Bardzo nam się podoba ich podejście do życia choć są nie młodzi: Hans 62 lata a żona 60, syn 34 a starszy co w Niemczech 36 lat. Mówią że na ich decyzje duży wpływ miały książki o Anastazji które najpierw żona czytała. Hans traktował je jak opowiadanie SF. Dopiero po wizycie u kolegi zaczął je traktować poważniej zwłaszcza informacje które mu były pomocne tutaj, co się okazuję większość Europejczyków tu osiadłych je czytała choć dopiero tutaj. Rozmawiałem z Synem Frenkiem na temat Internetu więc się okazuje że te anteny koło których przejeżdżaliśmy to są i telefonii i Internetu a jak żeśmy chodzili po działce to z góry je widać tak na oko to w linii prostej jakieś 4-5 km od nich nie widać ale za to górkę z tym domkiem co mieszkamy widać dobrze tak że można by zrobić mały przekaźnik - postawić dodatkowa antenę a na pewno jeszcze paru chętnych by się znalazło. A jednak nam trochę brakuje tego komunikatora nawet bardziej jak światła.

san matiasPo powrocie następne dni zajęły nam wraz z Oskarem obchodzenie działki i wymierzanie orientacyjne według mapki co nam Mietek sprezentował. Nie było to takie łatwe trzeba było robić małe przecinki. Dobrze że Oskar znał granice działki. Praktycznie z tych 12 działek najbardziej nam by odpowiadała nr 1 i 2 potem 7 i 8 no i 10 oraz 12 dlatego że tam są strumyki no i wielkość choć 10 i 12 są dla nas za duże ale myślimy o Antku co miał z nami przyjechać ale nie dostał urlopu. Jak by się zdecydował to byśmy wzięli większą do podziału lub 2 mniejsze aby być sąsiadami.Antek jest przysłowiową złotą rączką i pracuje na budowie, więc by nam było łatwiej. Kasi coraz bardziej takie życie zaczyna się  podobać zwłaszcza po wizycie u Niemców. Dostaliśmy już 3 wiadomości od Mietka co z nami i że w niedzielę przyjeżdża zobaczyć. No i rzeczywiście się zjawił, trochę pogadaliśmy i postanowiłiśmy że pobędziemy jeszcze parę dni a z Cuzco rezygnujemy. Chcemy dobrze obejrzeć teren a na popołudnie mamy zaproszenie na urodziny do Belgów co mieszkają kilometr od Hansa. Więc Kasia szykuje jedzenie. Mietek był mile zaskoczony porządkami no i że nam się tu tak podoba. Na szczęście przywiózł swój aparat i porobiliśmy trochę foto. Pojechałem z nim przy okazji na jego drugą działkę co ma z Gienkiem razem to jest jakieś 2 km koło szkoły. Tam nazbieraliśmy sporo mango i ananasów  i podwiózł mnie do rzeczki a sam pojechał z powrotem do domu. Powiedziałem mu żeby po nas nie przyjeżdżał bo zabierzemy się jedną z ciężarówek co jeżdżą do La Merced, a potem weźmiemy Mototaxi. Jak wróciłem to Kasia już się niepokoiła bo jednak nie było mnie 3 godziny. Po prostu przestałem nosić zegarek: raz że przeszkadza a po drugie tu się nie żyje na czas i prawie u nikogo nie widziałem aby nosił. Zapakowaliśmy to co przyrządziła i w drogę. Jak dotarliśmy to zabawa była już na całego. Helga nas przedstawiła bo było tam ze 40 dorosłych osób i jeszcze potem doszli i dojechali. Bo ich gospodarstwo położone jest w dolince od głównej drogi tylko 400m mieszkają tu już 17 lat. Mają 3 dzieci: 2 synów i córkę - 16 ,12 i 8 lat. Działka 12 hektarów, samochód terenowa Toyota, 2 motocykle w domu lodówka, telewizor itp. dlatego że na rzeczce wybudowali wspólnie z sąsiadem turbinkę i mają od 6 do 8 kw. prądu i przy okazji pół hektara staw a w nim sporo ryb. Ogród nie za duży tak aby im wystarczało nie bawią się w sprzedaż jedynie owoce no i trochę ryb.

domek holendrowKasia dołączyła do kobiet i popijali cienkie winko a my raczyliśmy się piwem i trochę bimbrem z trzciny. Przygotowano wspaniałą Pahamankę, czyli w dosłownym tłumaczeni "garnek w ziemi" w tym były 3 prosiaki  1 alpaka  no i sporo warzyw. Smaczne, że palce lizać. No i ciekawe rozmowy. Aż do północy oczywiście my zostaliśmy na noc a o d rana poprawiny wszak tu poniedziałek to taki dzień co praca jest na pół gwizdka a na farmach to bez znaczenia. Jak się ma gości to robi się tylko co konieczne i dalej zabawa aż do wieczora. Oczywiście gospodarze i tym razem nas nie puścili i znów noc u nich. Pokazali nam swoje uprawy, obejście i wspaniały dom - dół z cegły a góra z Cedru i Mahoniu. Drewno z ich działki mają nawet małą stolarnie. Gospodarz John jest prawdziwą złota rączką  - większość sam robi czy naprawia. Porobili ładne tarasy na dość stromym stoku wszystko wśród drzew ładne schodki z kamieni parę altanek, 2 bungalowy dla gości bo w czasie wakacji sporo ich odwiedza rodaków z kraju. Mówił o planach że są już fundusze zatwierdzone na budowę drogi do San Martin no i plany elektryfikacji z czego nie jest zbyt zadowolony bo stanie się tak jak z Oxapampą. Jak zaczęli budować drogę asfaltową to nie dość że sporo nowych się sprowadziło to ziemia poszła do góry 3 do 5 razy i teraz to już spore miasto. On jednak woli większe odległości od sąsiadów  a nie jak w La Merced dom przy domu bez ogródka, albo tylko z niewielkim. Ale ma nadzieje że może na szczęście trudniejszy teren nie od razu wielu przyciągnie. Co z resztą te obawy wczoraj podzielało wielu jego gości. Nawet młodzi nie bardzo chcą aby tu było za bardzo tłoczno. Tyle może jak na nasze uwagi bardzo żałujemy że bez zdjęć ale może poprosimy Mietka jak będzie następnym razem to niech porobi trochę, a może już ma jakieś to może powkłada. W sumie byliśmy jeszcze 2 dni na działce i Oscar nam pomógł zanieść nasze graty do drogi i po 20 minutach złapaliśmy ciężarówkę z Anansami i 8 osób na pace i za 10 soli zawiózł nas do La Merced.

robia droge glownaTak że zamiast 3 dni pobyt przedłużył się do prawie 2 tygodni ale było wspaniale. Jutro ruszamy do Oxapampy  a potem do Tarmy i Limy bo za tydzień odlot 7 marca Do Chicago no i sprzedaż domu pozamykanie naszych spraw i powrót. Myślę że jak dobrze wszystko się ułoży to jeszcze przed grudniową porą deszczową oby jak najwcześniej. Były to nasze najwspanialsze wakacje jakie mieliśmy dotychczas. Mietek nie chciał nic wziąć za ten nasz pobyt jedynie na benzynę do mototaxi to jakoś wcisnęliśmy Vanessie 200 soli za pomoc no i 3 dni spania u nich. Chcieliśmy dać zaliczkę na działkę  ale powiedział że jeszcze nie ma podziału zrobionego a ponadto ma partnera z którym potrzebuje to wszystko omówić i jak już będzie bliżej przyjazdu to wszystko uzgodnimy teraz na razie korzystając z jego komputera wszystko przepisuję na Pendrive no i na jego prośbę aby mógł umieścić na swojej stronie jako artykuł.

 

A teraz parę uwag Kasi:
Jurek jak to mężczyzna czasem więcej udaje że się nie boi, a do tego jeździł na obozy był w Iquitos gdzie jak twierdzi dżungla jest o wiele kapibari i mietekgroźniejsza no i masa komarów i innych gryzących robaków. Co było widać jak wrócił cały w krostach. Dla mnie mieszczucha co poza kotkiem czy pieskiem niczego nie dotykałam. Ale tylko u obcych bo w domu nawet tego nie mieliśmy, dlatego uważam że dla kobiet potrzeba więcej czasu na adaptację. W książkach o Anastazji tam wszystko wygląda ładnie ale w praktyce nie jest to takie proste. Jurek pisze że trochę się przestraszyłam nietoperzy, potem pisku małpki a rano tukana , tego było już za wiele jak na moje nerwy i jakby rano Oscar nie przyszedł to gotowa byłam zwiewać jak najszybciej. Potem te dzikie świnie co ze żarły moje poobierane ziemniaki na kolację, co do drugiej nocy to pisze, że nie reagowaliśmy na hałasy to tylko On spał jak zabity a ja do północy oka nie zmrużyłam. Dopiero potem padłam bo ile można czuwać jak się jest padniętym ze zmęczenia. Dopiero rozmowa z Helgą mnie trochę uspokoiła, opowiedziała o swoich pierwszych wrażeniach jak spali na początku tylko w prymitywnym szałasie to znaczy prowizoryczny daszek z liści i na dodatek w nocy wiatr to rozwalił i zaraz przyszła burza, lampa naftowa zgasła a zapałki zamokły i do rana kulili się przemoczeni pod drzewem a tam była nora jakiegoś zwierzaka jak tylko wstała to coś tylko szurnęło jej z pod nóg nawet nie widziała co to było. Tak się męczyli przez 3 miesiące bo budowa szła bardzo ślamazarnie. Materiały trzeba było nosić na plecach od drogi, Hans ciągle gdzieś ganiał za materiałami ludźmi do roboty. Bo jak im zapłacisz to parę dni ich niema aż nie przetracą. Tak że zwiała do rodziny ale po roku jednak wróciła i nie dlatego że Hans ja namawiał. Owszem przez cały czas wysłał 3 listy z lakonicznymi wiadomościami że roboty się posuwają w ostatnim napisał że domek pod dachem i dół wykończony - co prawda jeszcze było sporo do zrobienia ale już przynajmniej nie lało się na głowę i dzikie zwierzaki nie ganiały po kuchni. Teraz już to nie przeszkadza. Potem drugi taki zły moment to były pszczoły Jurkowi przeszło po 30 minutach a ja pół nocy się drapałam i rano opuchnięty policzek i ucho a jemu nic. Nastepnie jak wybieraliśmy się na urodziny  to Jurek z Mietkiem gdzieś  się zawieruszyli na ponad 3 godziny jeszcze zabrał komórkę i maczety, a mi się woda skończyła więc do źródełka. Nabieram a tu coś z tyłu mnie o nogę potrąciło jak skoczyłam tak garnek potoczył się nie zobaczyłam co to bo skoczyło w krzaki zostawiłam garnek i w nogi. Przybiegłam trochę ochłonęłam i myślę sobie Helga mówiła że tu w tej okolicy Pum ani żadnych dużych zwierzaków już nie ma bo za dużo ludzi. Więc wzięłam siekierę i czekam ale garnek potrzebny i woda też zdecydowałam się pójść z siekierą i zduszą na ramieniu jakoś dotarłam znalazłam garnek nabrałam wody i powoli wróciłam dziękując Bogu że mi dodał odwagi .Potem na urodzinach jak opowiadali pierwsi pionierzy tych okolic co i ponad 30 lat już tam mieszkają to początki nie były takie wcale wesołe .W okolicy uprawiano sporo koki i było sporo band, zajmujących się przemytem.Właściwie wtedy oprócz kawy i koki to nic się nie opłacało uprawiać .np za banany płacono na skupie w La Merced poniże 1 centyma za kilogram za pomarańcze 3 sole za worek ananasy 1 sole za  skrzynkę. To  w przeliczeniu na nowe sole  bo wtedy jeszcze była inflacja. Droga asfaltowa kończyła się w Tarmie, do Satipo doprowadzono etapami dopiero w latach 90- siątych. Ludzie nic większego poza miastami nie budowali żyli z dnia na dzień co i dalej sporo Peruwiańczyków robi. Ale sporo jednak zaczyna remontować albo budować nowe domy. Dopiero za Fudzimorego wszystko nabrało tempa i choć zwolniło za Toledy to znów za Garsyi ruszyło zobaczymy co będzie po wyborach, ale teraz prowincje mają więcej pieniędzy więc łatwiej o inwestycje w infrastrukturę gorzej z wykonawcami bo ich ciągle brakuje. Inne kobiety podtrzymały mnie także na duchu  i już inaczej zaczęłam patrzeć na to wszystko.

Widząc jak potrafią się bawić śmiać się i radować. Jak ich dzieci bardziej lubią zwierzaki czy ganianie po działkach niż telewizor lub mechaniczne zabawki. Nawet u Mietka córeczka woli pieska co go wygrała na fieście czy kurczaki lub małe kaczuszki a nawet swoją papużkę którą nazywa Pepe, niż oglądanie telewizora, chyba że jej ulubionej bajki o zwierzątkach. Rano wyciąga ojca do kurnika potem na działkę, bo bardzo lubi pracować, choć czasem więcej z tego szkody niż pożytku no i wybrudzenia, ale jest zadowolona, choć ma dopiero 2 latka i 2 miesiące. Za zabawkami nie przepada woli wiaderko łopatkę i małe grabki oraz swój wózek w którym oprócz pieska wozi ziemię, czasem niszcząc grządki.Venessa pochodzi z Iquitos, choć dookoła dżungla to właściwie poza pieskiem nie znała innych zwierząt, a do dżungli to po raz pierwszy ją wyciągnął Mietek w 2002 roku. Tu też na początku jej się nie bardzo podobało namawiała go na Iquitos i okolice ale on się uparł i tak zostało że tu jest teraz się nawet przyzwyczaiła i do zwierzaków także ale to bierze czasu. Podoba mi się to beztroskie życie tutejszych ludzi choć często na co dzień nie mają pieniędzy, bo sezonowość zbiorów a oszczędzać jeszcze się nie nauczyli, poprostu jak nie ma pieniędzy to jedzą to co mają zaciągają mini pożyczki w sklepikach czy na targu. Widzę że nawet to i Mietkowi się zdarza chyba już przesiąkł tymi zwyczajami.

cedr na dzialce 5Nie gonią tak jak my w Chicago za dniem wczorajszym mówią, że jutro też jest dzień, co najwyżej popada a ciepło jest cały rok owoce i warzywa też ryb w rzece nie brakuje. Podatki śmiesznie niskie nawet jak na ich dochody. Żyją mniej stresowo słońce reguluje czas rytm pracy dla większości wielu w południe ucina sobie drzemkę nie widać tylu otyłych. Owoce warzywa mają swój zapach i smak. Jeść się tyle nie chce. Ludzie piją dużo soków, jedzą sporo ryżu. Brak chleba są jedynie bułki i to wcześnie rano do 8:00 a potem po 5:00 pm sporo sklepów i instytucji jest zamkniętych na okres sjesty czyli od 11:00 do 3:00 pm. Mało kto tu się spieszy tak że inne życie. Myślę że się przyzwyczaję już nawet trochę polubiłam a że Jurkowi bardzo się tu podoba więc pójdę za nim jak większość tutejszych kobiet za mężami i teraz nie żałują choć na początku się buntowały bo wiadomo że chłopu wiele do życia nie potrzeba.

My kobiety patrzymy na to inaczej myślimy także o dzieciach i jakim takim komforcie nie tak jak u Anastazji więc pożyjemy zobaczymy ale pragnę spróbować. Tyle mojego narzekania i uwag jak ktoś to widzi inaczej albo ma jakieś pytania to niech napisze w komentarzach potem może namówię Jurka na blog. A teraz gościnnie na stronie gospodarzy tyle Kasia.

Więcej zdjęć w galerii

Pozdrawiamy wszystkich Jurek i Kasia z Chicago.