header1.jpgheader2.jpgheader3.jpgheader4.jpgheader5.jpgheader6.jpg

logo

Zdrowie

Reinkarnacja - rytm życia

Ocena użytkowników:  / 8
SłabyŚwietny 

Reinkarnacja - rytm życia

Artykuł nadesłany przez Adamsa - administratora strony: adamszewczak.republika.pl

Życie i śmierć to rytm, podobnie jak wdech i wydech, czuwanie i spanie - jedynie rozmiar rytmu utrudnia człowiekowi jego dostrzeżenie. Doświadczenie potwierdza, że także i tutaj obowiązuje prawidło rządzące dwoma biegunami: życie wymusza śmierć. Jedyną pewną rzeczą w momencie narodzin istoty żywej jest fakt, że kiedyś będzie musiała umrzeć.

Śmierć następuje po życiu z tą samą pewnością, z jaką po wydechu następuje wdech. Wszystkie formy istnienia posłuszne są prawu oscylacji: pływy morza, pory roku, elektryczność, okresy wojen i pokoju, pory dnia - wszędzie obserwacje dostarczają nam dowodów na istnienie rytmicznej gry polegającej na biegunowych zmianach. Tę rytmiczną wędrówkę duszy przez życie i śmierć nazywamy od zawsze wędrówką dusz lub reinkarnacją (ponownym wcieleniem). Każdy może wierzyć we wszystko poza reinkarnacją, powinien jednak zdawać sobie sprawę z tego, że wszystkie hipotezy pozbawione aspektu reinkarnacji noszą znamię absurdu, gdyż tylko reinkarnacja współbrzmi ze wszystkimi prawidłami tego uniwersum. Dusza przyobleczona w cielesną powłokę, zbiera najpierw doświadczenia na ziemi, aby później, wyzwolona od materii, przeżyć kompensacyjną fazę zwaną przez nas "śmiercią". Śmierć nie oznacza "niebytu", jest tylko inną formą bytu, realizowaną na innym biegunie. Umieranie nie jest więc niczym innym, jak tylko przekraczaniem tego progu, który oddziela od siebie dwa światy - żywych i umarłych. Świat doczesny i tamten świat nie różnią się miejscem, można je raczej porównać z różnymi stopniami postrzegania lub stanami świadomości. Określenie "tamten" wynika z punktu widzenia człowieka, który żyje tu i teraz. Z chwilą gdy przekroczy on próg śmierci i dostanie się na tamten świat, wówczas właśnie "tamten świat" stanie się dla niego światem doczesnym, ponieważ tylko miejsce jego aktualnego pobytu może być dla niego światem doczesnym. Umieranie jest więc subiektywnym przeżyciem, a obiektywizm tego przeżycia trwa i upada wraz z biegunowością. Dopiero nasza biegunowa świadomość zmusza nas, abyśmy postrzegali bezczasowe i nieustannie trwające życie w kategoriach życia i śmierci. To, co z naszej perspektywy jest śmiercią człowieka, z perspektywy "tamtego świata" jest narodzinami. Śmierć na "tamtym świecie" dla nas na ziemi oznacza narodziny dziecka. Kto choć trochę wyzwoli się z subiektywnego postrzegania zjawisk, zauważy, że ten i tamten świat, narodziny i śmierć są w końcu tym samym. Dopiero w naszej biegunowej świadomości jedność rozpada się na przeciwieństwa, z jednoczesności powstaje kolejność.

Sens przeznaczenia staje się zrozumiały dopiero na tle reinkarnacji. Gdy przyglądamy się każdemu życiu oddzielnie, to istotnie można byłoby zwątpić w jego sens - dlatego też wielu weń wątpi. Obojętne, czy spojrzymy na to z punktu widzenia człowieka religijnego, czy ateisty: dość trudno wytłumaczyć komuś, nie posługując się przy tym reinkarnacją, dlaczego właśnie on jest głuchy lub kulawy, dlaczego właśnie on ujrzał światło tego "najlepszego ze światów" jako kaleka czy debil. Wytarty frazes o "niezbadanych wyrokach boskich" także nie wytłumaczy przyczyny tego stanu rzeczy, ani nie sprawi, że ktoś się z nim pogodzi. Życie pozbawione sensu byłoby dla człowieka nie do zniesienia. Dla człowieka poszukiwanie sensu życia jest sprawą najważniejszą. Człowiek nauczy się dostrzegać go i uzna swój los za sprawiedliwy, gdy stwierdzi, że jego życie to nie przypadek, ale fragment długiego łańcucha wcieleń. Przeznaczenie jednego życia wynika z poziomu, jaki osiągnęliśmy w dotychczasowym, całościowo rozumianym procesie nauczania. Przeznaczenie kieruje się tą samą zasadą - jedyna różnica tkwi w jego nieskończonej cierpliwości, która stwarza człowiekowi ciągle nowe możliwości zrozumienia tego, czego jeszcze się nie nauczył i kompensowania popełnionych błędów. Żyć to znaczy uczyć się, niezależnie od tego, czy każdy z nas indywidualnie akceptuje to, czy nie. Przeznaczenie w nieprzekupny i sprawiedliwy sposób dba o to, abyśmy poznali to, czego nie chcemy zaakceptować, przeciwko czemu najbardziej się buntujemy.

Często słyszy się zarzut, że byłoby i nierozsądne, i niepraktyczne, gdyby zapominało się całą wiedzę zebraną w wielu wcieleniach i musiało za każdym razem zaczynać od początku. Twierdzenie, że zapominamy tę wiedzę i zaczynamy za każdym razem od początku, jest nieprawdziwe. Faktem jest coś zupełnie przeciwnego. W każdym wcieleniu człowiek zaczyna od poziomu rozwoju osiągniętego poprzednio i przekształca konkretną wiedzę w dojrzałość, wyrosłą z wiedzy i umiejętności. Dla porównania: w szkole uczyliśmy się wielu konkretnych rzeczy, których dziś już nie pamiętamy. Jednak zajmowanie się tymi konkretnymi rzeczami i sama nauka ukształtowały nas, wychowały. Osiągnęliśmy pewien stan, który nadal istnieje, mimo że konkrety uległy zapomnieniu. Efekt nauczania polega na pogłębianiu świadomości, przy czym przedmiot, z pomocą którego się uczymy, nie ma zbyt wielkiego znaczenia. Ramka do czytania pomaga w nauczeniu się czytania; gdy osiągnęliśmy ten cel, ramka ta nie ma już dla nas żadnej wartości. Wszystko to, czego nauczyliśmy się w łańcuchu naszych wcieleń, znajduje odbicie w dojrzałości i stanie świadomości, z którym teraz przychodzimy na świat. Człowiek nie zapomina niczego, co jest dla niego istotne. Zapomnieniu ulega tylko konkretna otoczka, która tak naprawdę nie ma znaczenia.

Oficjalny Kościół Katolicki odrzuca naukę o powtórnych wcieleniach (wędrówce dusz). Wyjątek stanowi gmina chrześcijańska kierująca się nauką Rudolfa Steinera i jest ona dowodem na to, że nauka chrześcijańska daje się pogodzić z reinkarnacją. Mimo, że jest to trudne do udowodnienia, wiele przemawia za tym, że wiara w reinkarnację za czasów Chrystusa, a także w kilka pierwszych wieków po Nim, była czymś oczywistym. Dopiero w roku 533 na soborze ekumenicznym zwołanym przez cesarza Justyniana została wyklęta wiara w reinkarnację: "Kto naucza o zmyślonej praegzystencji duszy i monstrualnej restauracji będzie przeklęty".

Twierdzi się, że z Pisma Świętego usunięto jednocześnie pewne fragmenty. Pewności co do zasadności tego twierdzenia można by nabrać po przestudiowaniu biblioteki watykańskiej. Mimo to istnieją miejsca w Biblii, które wprawdzie nie wystarczają do uznania reinkarnacji za przedmiot nauki chrześcijańskiej, ale jednoznacznie wykazują, że myśl o reinkarnacji była dla uczniów Chrystusa czymś oczywistym. U wszystkich ewangelistów znajdujemy ustępy, w których rozważa się, czy Jan Chrzciciel był wcieleniem Eliasza.

Ewangelia według świętego Marka, 8,27: "Potem Jezus udał się ze swoimi uczniami do wiosek pod Cezareą Filipową. W drodze pytał uczniów: Za kogo uważają mnie ludzie? Oni mu odpowiedzieli: Za Jana Chrzciciela, inni za Eliasza, jeszcze inni za innego z proroków". Porównajmy także Ewangelię według świętego Mateusza, 16,13-16. U świętego Mateusza znajdujemy następujący fragment, 17, 10: "Wtedy zapytali Go uczniowie: Czemu więc uczeni w piśmie twierdzą, że najpierw musi przyjść Eliasz? On odparł: Eliasz istotnie przyjdzie i naprawi wszystko. Lecz powiadam wam: Eliasz już przyszedł, a nie poznali go i postąpili z nim tak jak chcieli. Tak i Syn Człowieczy będzie od nich cierpiał. Wtedy uczniowie zrozumieli, że mówił im o Janie Chrzcicielu". Porównajmy w ewangelii według świętego Marka 9,11, Mateusza 11,13: "Wszyscy bowiem Prorocy i Prawo prorokowali aż do Jana. A jeśli chcecie przyjąć, to on jest Eliaszem, który ma przyjść. Kto ma uszy niechaj słucha!" To pytanie o Eliasza pojawiające się we wszystkich ewangeliach zrozumiałe jest wyłącznie na gruncie reinkarnacji. Dotyczy to w szczególności następującego ustępu z ewangelii według świętego Jana, 9-1: "[Jezus] przechodząc obok ujrzał pewnego człowieka, niewidomego o urodzenia. Uczniowie Jego zadali Mu pytanie: Rabbi, kto zgrzeszył, że się urodził niewidomym - on czy jego rodzice? Jezus odpowiedział: Ani on nie zgrzeszył, ani rodzice jego, ale [stało się tak], aby się na nim objawiły sprawy Boże". Pytanie, czy przyczyny ślepoty od urodzenia należy szukać w winie własnej, czy rodziców, wymaga automatycznie przyjęcia założenia o poprzednich wcieleniach. Nie zmienia tego faktu odpowiedź Jezusa, która nie podaje w wątpliwość zasadności pytania, ale wprowadza trzeci aspekt, który nie został wymieniony w pytaniu. Jeszcze liczniejsze i bardziej jednoznaczne są wypowiedzi wielu ojców Kościoła na temat reinkarnacji. K.O. Schmid w swojej książce "Nie żyjemy tylko raz" (Wir leben nicht nur einmal) zgromadził wiele cytatów, z których kilka przytaczamy poniżej. Wielki Origenes pisze, co następuje: "Gdy chcemy wiedzieć, dlaczego dusza ludzka raz jest posłuszna dobru, a raz złu, to należy przyczyny tego szukać w życiu poprzedzającym obecne życie. Każdy z nas zbliża się do doskonałości w kolejnych, następujących po sobie życiorysach. Jesteśmy zmuszeni do prowadzenia coraz to lepszego życia, czy to na ziemi, czy to w innych światach. Nasze zawierzenie się Bogu, który oczyszcza nas ze wszelkiego zła, oznacza koniec naszych ponownych narodzin." Arcybiskup Louis Pasavali pisze: "Sądzę, że byłoby znacznym krokiem naprzód, gdyby można było publicznie uznać ideę ponownych narodzin, i to zarówno ponownych narodzin na ziemi, jak i w innych światach, gdyż w ten sposób udałoby się rozwiązać wiele zagadek, które dziś na kształt mgły ogarniają ducha i rozum człowieka". Wszystkie przytoczone cytaty i nazwiska nie powinny być traktowane jako próba zasugerowania, jakoby dało się udowodnić, że reinkarnacja stanowi część nauki Chrystusa. Każdy znajdzie wystarczającą ilość cytatów i słynnych autorytetów na poparcie swej opinii. Nie wierzę w to, że spór o reinkarnację należy toczyć posługując się ustępami z Biblii. Bardziej sensowne wydaje mi się poważne rozważenie, czy ideologia chrześcijańska i właściwa nauka Chrystusa zaprzeczają nauce reinkarnacji, czy też nie. Sprawdzenie tego bez uprzedzeń spowoduje, że nie znajdziemy sprzeczności pomiędzy obiema naukami. Nikt z nas nie stanie zatem przed dylematem, czy pozostać chrześcijaninem, czy też wierzyć w reinkarnację. Prawdziwe chrześcijaństwo zawsze wymagało od swoich wyznawców odwagi, aby kroczyć własną drogą wiodącą obok obowiązujących poglądów; pod tym względem nic się do dzisiaj nie zmieniło. "Uczeni w Piśmie" wtedy też nie należeli do najbliższego kręgu przyjaciół Chrystusa.

 

Wiry grawitacyjne

Wydaje się, że w wyniku niezwykle szybkiego rozwoju współczesnej nauki, a zwłaszcza fizyki świat został wreszcie dogłębnie zbadany i opisany. Jeśli nie cały Kosmos, to przynajmniej nasza stara, kochana Ziemia nie powinna kryć przed nami żadnych już tajemnic. Nic bardziej mylnego! Na całym świecie obserwuje się zjawiska, które zdają się być kpinami z praw natury. Najsławniejszym jest chyba Trójkąt Bermudzki - równie znany, co wątpliwy, ale nie o nim chciałem pisać. Są bowiem zjawiska nie mniej spektakularne, a istniejące często blisko nas, których działania możemy doświadczyć na co dzień. Mam tu na myśli wiry grawitacyjne - miejsca, gdzie to podstawowe prawo fizyczne zdaje się nie obowiązywać.

Pierwszy miejscem, o jakim chciałem Wam opowiedzieć jest obszar leżący jakieś 50 kilometrów od Grands Pass w stanie Oregon nad brzegiem Sardine Creek. Obserwuje się tam niesamowite wręcz anomalie praw przyrody. Już na pierwszy rzut oka możemy dostrzec niezwykłość tego miejsca w zagadkowym wodnym wirze podlegającym wahaniom w położeniu co dziewięćdziesiąt dni. Nie byłoby w tym nic specjalnie dziwnego [choć nikt nie jest wstanie określić, dlaczego ten wir w ogóle powstał], ale wir ten zdaje się oddziaływać również na lądzie! Zasięg jego wpływu to koło o średnicy około 50 metrów, co daleko wykracza poza brzegi strumienia. Porównanie do wiru nie jest tu przypadkowe, 'wiruje' tu bowiem wszystko, co więcej - w sposób zbliżony do czarnej dziury. 

Nad brzegiem strumienia stoi chatka, która przesunęła się w ciągu ostatnich lat w kierunku centrum wiru. Ludzie znajdujący się w zasięgu oddziaływania zjawiska relacjonowali, iż mieli uczucie pobytu jakby w innym świecie, rządzonym innymi prawami fizyki. Grawitacja jest tu większa niż powinna być, a idąc, bądź przechylając się w kierunku przeciwnym do środka wiru doznaje się uczucia przyciągania, jakby przytrzymywały nas niewidzialne ręce. Dym papierosowy zaczyna wirować w kierunku centrum anomalii, rzucone w górę skrawki papieru również, także z tendencją do przesuwania się w kierunku centrum wiru, kuliste przedmioty mogą toczyć się pod górę, bądź po płaszczyźnie, ale zawsze w kierunku środka tajemniczego zjawiska. Wszelkie przedmioty - kije golfowe, miotły i zwyczajne patyki utrzymują równowagę pod dziesięciostopniowym kątem - nachylone przeciwnie do centrum wiru. Piętnastokilogramowa kula zawieszona na lince zwisa ukośnie, a jej odchylenie od owej dziesięciostopniowej płaszczyzny wiru przychodzi z wielkim trudem. Nie trzeba dodawać, że nikt nie jest w stanie owego zjawiska wyjaśnić, wszelkie przyrządy pomiarowe niczego nie wykazują, bądź wariują, jak n/p kompasy i światłomierze, co sugerowałoby, iż nawet światło ulega tu zakrzywieniu! Czyżbyśmy rzeczywiście mieli tu do czynienia z czymś na kształt mikroskopijnej czarnej dziury? Teoria z pozoru szalona, ale spróbujcie ją wyjaśnić w oparciu o współcześnie uznawane prawa fizyki - nie uda się Wam! Nie można wyjaśnić interesującego nas zjawiska nie uciekając się do ryzykownych hipotez.

Podobny, choć słabszy wir znajduje się siedemdziesiąt kilometrów dalej, w Camp Burch w stanie Kolorado. Zaobserwowano w tym rejonie podobne anomalie, co w opisanym wyżej przypadku, wszystkie dziwne zjawiska miały jednak mniejsze nasilenie. Z kolei w Nowym Brunszwiku w Kanadzie znajduje się wzgórze, na które można wyjechać na jałowym biegu, ale żeby z niego zjechać trzeba mocno dodać gazu! Tu centrum grawitacji zdaje się znajdować w powietrzu nad szczytem wzgórza! Ten fakt ma istotne znaczenie dla prób wytłumaczenia zjawiska, wyklucza bowiem spekulacje, iż zakłócenia siły przyciągania są spowodowane naturalną koncentracją metalu zlokalizowaną płytko pod powierzchnią gruntu. Zresztą skupisk takich nigdzie nie znaleziono, a przede wszystkim 'wirowanie' sugeruje, iż nie chodzi to o jakiś większy obszar anomalii grawitacyjnych, ale o punktową, niezwykle silną anomalię. Czyżby rzeczywiście były to twory w rodzaju czarnych dziur - bramy do innej rzeczywistości?

Powyższe przypadki są stałym zjawiskiem na ograniczonym terenie. Nie brakuje jednak i takich niewyjaśnionych zjawisk, które pojawiają się znikąd i szybko przemijają, a swym zasięgiem ogarniają potężne niekiedy obszary. Zjawisko, które teraz opiszę, nie ma w zasadzie nic wspólnego z wirami grawitacyjnymi, myślę jednak, że warte jest uwagi.

W 1780 roku zdarzyło się coś, co można by uznać za powtórkę z egipskich ciemności! Tym razem nie można jednak podjąć prób tłumaczenia tego niezwykłego zdarzenia za pomocą wybuchu wulkanu, bo takowego nie było, podobnie jak zaćmienia słońca, jak i silnej  mgły znad morza, jak i wszelkich innych naturalnych anomalii pogodowych, które mogłyby tu wchodzić w rachubę. Z niewyjaśnionych do dziś dnia przyczyn 19 maja tegoż właśnie roku, podczas słonecznego, bezchmurnego dnia w Nowej Anglii na południowym zachodzie pojawiła się znikąd lekka 'mgła', a raczej mętna zawiesina nie mająca z normalną mgłą wiele wspólnego. Wiatr spychał ją na północny wschód ku granicy z Kanadą. Z ambon ogłaszano Dzień Sądu Ostatecznego i to nie bez przyczyny, wszystko bowiem wskazywało na to, iż rzeczywiście nadchodzi zagłada - ciemności ogarnęły dzisiejsze stany: Maine, New Hamshire, Vermont, Massachusetts, Rhode Island, Conecticut, wschód stanu Nowy Jork i część Pensylwanii. Było tak ciemno, iż ludzie nie widzieli się z odległości 2 metrów. Ciemność panowała przez 24 godziny i wciągu kilku następnych godzin całkowicie ustąpiła. Końca świata nie było. A absolutnie nikt nie wie, co to było, skąd się wzięło to niezwykłe zjawisko. Kolejny punkt w nieskończonej niemal liści niewiadomych i nierozwiązanych tajemnic.

 

Czy istnieją podziemne światy?

W 1946 amerykański pisarz Richard. S. Shaver na łamach czasopisma "Amazing Stories" umieścił swoją niezwykle sugestywną i pełną szczegółów wzmiankę o tajemniczym mieście zlokalizowanym pod ziemią, tuż pod budynkami Nowego Jorku. W jak bardzo wierny sposób historia ta została przekazana niech świadczy poniższy jej fragment: "Wśród zwartych, pierwotnych skał bazaltowych, stanowiących podstawę obecnych Stanów Zjednoczonych, głęboko wewnątrz solidnych mas czarnej skały, gdzie nie przenika nawet woda, leży miasto. Miasto to nie jest aż tak dobrze znane, jak leżący ponad nim nowoczesny Nowy Jork, ma jednak sprzymierzeńców, wrogów i slumsy, ma swych lordów i bogaczy. Jest częścią prastarego, zapomnianego, podziemnego świata, nie całkiem obcego ludziom mieszkającym na powierzchni; jest nie rozpoznaną straszliwą prawdą, złowrogim elementem życia, jest częścią naszej cywilizacji, znajdującą się pod naszymi stopami, nazwanej przez tych ‘którzy wiedza’ Zamaskowanym Światem. Podziemny świat jest skomplikowaną plątaniną wielopoziomowych, wydrążonych przez tytaniczne moce jaskiń, które sięgają każdego miejsca pod powierzchnią naszego współczesnego świata. Jednak pod Nowym Jorkiem prastare trakty zbiegają się w skupisko siedzib większe niż gdziekolwiek indziej na wschodzie USA. Ten podziemny świat istnieje tylko w niewielkiej części; większość jest do tej pory nie zbadana. Wszystko jest dziełem rąk starożytnej rasy, która opuściła Ziemie tysiące lat temu". 

Jak się łatwo domyśleć, na skutek ukazania się w tamtych czasach ego typu informacji w powszechnej prasie nie trzeba było długo czekać. Cała masa nowojorczyków rozpoczęła na własna rękę poszukiwania tajemniczego podziemnego świata ukrytego pod ich miastem. Podobno euforia ta przybrała rozmiary przewyższające okresami nawet słynną gorączkę złota na Alasce, a do jej opanowania potrzebne były aż oddziały władz stanowych. Wszystko uspokoiło się dopiero wówczas, kiedy z oficjalna informacja wystąpili experci Białego Domu - stwierdzili oni ze badania geologiczne nie potwierdzają w żadnym wypadku tego, o czym wspomina Shaver. Niedoszli odkrywcy podziemnych światów zrezygnowali wiec z poszukiwań i wraz ze swoimi łopatami i kilofami oraz rozczarowana miną powrócili do swych domów, po czym o całej sprawie zapomnieli. Jednak nie wszyscy oni dali za wygrana, część badaczy postanowiła dokładniej przyjrzeć się historii Shavera, w wyniku czego okazało się ze, została ona przez niego sklecona z wielu przekazów i legend miejscowych Indian. Sam Shaver nie wierzył jednak w te opowieść, zważając na to ze nie widział żadnych dowodów potwierdzających istnienie owego podziemnego miasta jak i tuneli. Jednakże naukowcy z Instytutu Badań Podziemnych mieli już pierwszy krok za sobą - wiedzieli już skąd owe informacje pochodzą, pozostało im więc tylko skontaktować się z osobami o których wspominał Shaver. Po pewnym czasie udało im się spotkać z jednym z członków indiańskiego plemienia Siuksów. Mężczyzna ten, po długich targach i namowach, zdecydował się w końcu powtórzyć wszystkie informacje które przekazał najpierw Shaver’owi. Przedstawił badaczom przygodę która przytrafiła się dziadkowi Indianina - członkowi plemienia Siuksow noszącemu przydomek Biały Koń.

Pewnego dnia, Biały Koń podczas polowania na bizony na obszarach dzisiejszej Kalifornii znalazł wśród gór dziwne pękniecie w skale. Po wejściu do szczeliny odkrył długi, wykonany we wzgórzu tunel, a kiedy przeszedł nim pewna odległość w oczy rzucilo mu się słabe,  zielonkawe światełko, świecące w głębi korytarza. Po dojściu doń, okazało się, ze tunel przechodzi raptem w obszerna salę, na środku której  siedziało dwoje ludzi - jasnoskóry mężczyzna wraz z kobieta o blond-złotych włosach. Oboje wyglądali na bardzo zasmuconych, a kiedy Biały Koń zapytał ich o powód tego przygnębienia, odparli, iż niedawno zginął ich jedyny syn jakiego mieli. Wytłumaczyli Białemu Koniowi iż są mieszkańcami podziemnego świata, i pomimo ze wiedza o istnieniu innego świata na górze nigdy nie mieli okazji ujrzeć osoby która z niego pochodzi. Biały Koń był dla nich pierwsza taka osoba. Całe spotkanie trwało bardzo długo, a Biały Koń opowiadał w tym czasie obojgu obcym o tym, jak żyje się na powierzchni. Podziemni zaś opisywali za to realia życia w tunelach. Według mieszkańców podziemia, Indianie bardzo dawno temu przywędrowali pod ziemią z nie istniejącego już dziś kontynentu i po pewnym czasie wyszli z tuneli na powierzchnie. Dodali tez, ze cala ludzkość, jaka żyje na ziemi jest tak naprawdę potomkiem mieszkańców owego tajemniczego i zaginionego kontynentu. Kiedy Biały Koń zdecydował się już wracać, para mieszkańców podziemia obdarowała go żelaznym talizmanem, który emitując nieznane światło potrafił topić skały, ścinać drzewa i zamieniać piasek w kamień. Talizman tez po śmierci Białego Konia został pochowany wraz z nim, spoczywał przy zasuszonych zwłokach mężczyzny. Pewnego dnia jednak zniknął i nikt nie potrafi wyjaśnić co było tego powodem.

Na pierwszy rzut oka cala ta historia wydaje się być tylko kolejna z wielu bajek, jakimi mogą obdarzyć cywilizowanego człowieka pierwotne ludy dowolnego kontynentu na Ziemi. Jednak dr Harold Wilkins, zanim zdecydował się odsunąć te opowieść na bok, postanowił porównać je z opowieściami innych plemion. I tu niespodzianka - dokładnie o tym samym, o tunelach, podziemnym świecie i zaginionej wyspie, wspominali członkowie wielu innych szczepów Indiańskich, m.in. Apaczów i Szoszonów. Pierwsi wierzą np. ze ich odlegli w czasie przodkowie, trafili na kontynent amerykański tunelami, przybywając z wielkiej wyspy na Wschodnim Oceanie, na której znajdował się m.in. wielki port z murowanym wejściem. To samo mówią Szoszoni - wg ich wierzeń, przodkowie zamieszkujący Florydę przybyli na nią tunelami z wielkiego lądu, znajdującego się po środku Atlantyku. Do tego ich skora była całkiem biała a po wyjściu z tychże tuneli natknęli się oni na cały szereg innych budowli, należących do wcześniejszych cywilizacji. W tym momencie widać już wyraźnie, ze przekazy te idealnie pokrywają się ze wspomnieniami o Atlantydzie - legendarnej (a wg naukowców mitycznej) wyspie znajdującej się na środku Atlantyku, której istnienie jak i nagłą zagładę opisał Platon w jednym ze swoich dziel. Tylko jakim cudem Indianie amerykańscy przeczytali dzieła Platona??? Badacze nie potrafili tego jednoznacznie wytłumaczyć, postanowili wiec znaleźć chociażby najmniejsze ślady potwierdzające słowa Indian - pragnęli odkryć chociaż pozostałości po tunelach. Nikt z nich nie spodziewał się wówczas jeszcze, że owe tunele zostały po części odkryte już 11 lat wcześniej. Odkrywca ich był Frank White, geolog i archeolog, który w 1935 roku w Kanionie Kolorado natknął się na resztki podziemnych konstrukcji. Oto co czytamy w jego notatkach "Wzdłuż kanionu rzeko Colorado występują miejsca, w których przy pewnym oświetleniu można dostrzec wyryte głęboko strzałki. Poszukiwacze przemierzający pustynie Gila i bezludne, nękane pragnieniem i upałem tereny Arizony uważają, ze są to drogowskazy do ukrytych siedzib niezwykle starych ras ludzkich; są to może pomniki jakiegoś nieznanego ludu, którego pogrzebane w ziemi świątynie mogą być wspanialsze niż egipskie piramidy. A to wszystko o dzien. marszu od San Diego."

Cóż, przyznać trzeba ze to jednak nie wiele, ale najlepsze dopiero czekało na naukowców z Instytutu Badań Podziemnych. Zainteresowani zbieżnością wielu przekazów tak rożnych plemion, a przy tym zachęceni efektem poszukiwań White’a, postanowili oni zebrać fundusze i uwzględniając wszystkie informacje zbadać rozlegle tereny Kalifornii pod kątem istnienia w nich podziemnych tuneli i budowli. Początkowo efekty były mizerne, jednak to na co natknęli się badacze po trzech latach poszukiwań przerosło ich oczekiwania - pod górą Mt. Shasta natknęli się oni na przeszło 260 km idealnie wykonanych w skale tuneli. Najbardziej zaskoczyła ich idealna gładkość ścian, pokrytych jakby stopionym szkliwem. Wszystko wskazywało jednoznacznie na to, ze tunele te zostały wykonane metoda topienia skal a nie ich wykuwania! To tez tłumaczyło, gdzie podziały cale setki ton gruzu i ziemi, jakie z pewnością musiały by być gdzieś wydobywane z wykuwanych tuneli. Najprawdopodobniej owe 260 km na jakie natknęli się badacze były tylko skromną częścią o wiele rozleglejszej sieci, która jednak została z czasem zniszczona przez tamtejsze trzęsienia Ziemi i obruszenia się skal.

Radość z odkrycia nie trwała jednak długo. Pomimo bowiem tak spektakularnych efektów poszukiwań cały zespól Instytutu został odsunięty od badań a teren wokół góry Mt.Shasta szczelnie zamknięty. Pretekstem było rzekome budowanie w tunelach podziemnej bazy dla armii Stanów Zjednoczonych. Przez pewien czas dostęp do Mt.Shasta był całkowicie zabroniony osobom nieupoważnionym, stan ten zmienił się dopiero po kilku latach, kiedy społeczeństwo o całej sprawie już zapomniało. Co ciekawe, ci którzy nadal próbowali czegoś się dowiedzieć na temat "szklanych tuneli" byli dalej hamowani i odsyłani z kwitkiem. Powód - trwający po dziś dzień w tamtych okolicach, rządowy projekt o dość dziwnej nazwie "Polodowcowych przestrzeni pod skorupą ziemską". Nie wiadomo wiec co znajdowało się dokładniej pod górą Mt.Shasta ani tez jakie prace przeprowadza się tam obecnie - wyniki tych ustaleń i prac ciągle są okryte klauzula tajemnicy. Jedyne czego można być pewnym to to, ze tunele faktycznie istnieją. Co zatem z tajemniczym, podziemnym światem o którym wspominała przygoda Białego Konia? Może faktycznie istnieje (i to jest przyczyną trzymania w tajemnicy wyników badań pod Mt.Shasta) a może jego istnienie nigdy nie miało miejsca. Jak jednak mówią dalej w swoich przekazach Szoszoni i co rzekomo zostało im przekazane przez tzw. Wodza Światła, który miał do nich przybyć "Z podziemi gór znajdujących się w Tybecie": - "Przyjdzie dzień, w którym narodzą się mgły i sztormy. Nagie góry pokryją się lasem, a Ziemia się zatrzęsie. Największe i najpiękniejsze miasta strawi ogień. Ojciec powstanie przeciw synowi, a matka przeciw córce. I przyjdzie zniszczenie na ciało i duszę. Wtedy ja wyślę ludzi jeszcze nie znanych, którzy wyrwą chwast szaleństwa. Ziemia zostanie oczyszczona śmiercią narodów, a wtedy lud podziemi wyjdzie z jaskiń ku Słońcu...".

Pomijając już w tym przekazie sama treść, wskazująca tak jak u wielu innych religii na nadejście nieuchronnego Końca Świata, zastanawia w tej całej historii kilka innych rzeczy. Po pierwsze, że wiara w istnienie podziemnych tuneli łączących rożne rejony świata nie jest domeną tylko i wyłącznie ludów pierwotnych Ameryki Północnej. Takie same informacje możemy również znaleźć wśród wielu ludów Am. Południowej, ostatnio zaś dość głośna stała się sprawa powiązania Wyspy Wielkanocnej z Indiami - wg wierzeń dawnych mieszkańców wyspy, miała być ona połączona z kontynentem azjatyckim podziemnym korytarzem, umożliwiającym mieszkańcom obu miejsc wzajemne przechodzenie do swoich krajów. Brzmi absurdalnie, jak jednak wytłumaczyć niedawno odkryte na Wyspie Wielkanocnej cale szeregi powiązań z hinduizmem, począwszy od pewnych podobieństw językowych, aż po niektóre tematy zdobnicze stosowane przy rzeźbach i budowlach? Kolejna sprawa jest również wzmianka Szoszonów o Wodzu Światła który miał do nich przybyć "Z podziemi gór znajdujących się w Tybecie". Każdy kto interesuje się dokładniej tematem zaginionej cywilizacji, która egzystowała na Ziemi jeszcze przed czasem potopu, z pewnością słyszał o tybetańskim ‘podziemnym mieście’ - Agartha. Wg starożytnych przekazów miało to być jedno z wielu miejsc (po m.in. Wielkiej Piramidzie) w których została złożona i uchroniona przed zniszczeniem wiedza i spuścizna wspomnianej przedpotopowej cywilizacji. Być może wiec Agartha jest właśnie częścią lub tez tym samym podziemnym miastem, skąd przybył na kontynent amerykański Wódz Światła. Dziwne przekazy na temat podziemnych konstrukcji czy wręcz całych światów lub społeczności egzystujących pod powierzchnią naszej planety nie są jednak, jak się okazuje specjalnością kultur starożytnych. Oto bowiem tego typu relacje spotkać możemy również w czasach nam jak najbardziej współczesnych! Oto bowiem historia, która wydarzyła się w 1986 roku w angielskim miasteczku Showbury. Pięcioletni wówczas Brani Stone bawił się na podwórku pod okiem swej matki, jednak wystarczyło zaledwie kilka minut aby kobieta stwierdziła, że chłopczyk gdzieś przepadł. Czas ten nie pozwalał jednak na to aby malec oddalił się na dużą odległość, tym większe wiec było zaskoczenie wszystkich biorących udział w poszukiwaniach, kiedy okazało się ze Brian naprawdę przepadł jak kamień w wodę. Poszukiwania trwały trzy dni, i brały w nich udział nie tylko oddziały miejscowej policji ale również znaczna większość mieszkańców miasteczka. Po tychże trzech dniach Brani jednak się raptem odnalazł - znaleziono go przed własnym domem, całego i zdrowego, chociaż bardzo zmęczonego. Największą jednak sensacje wywołało to o czym opowiedział. Cala przygoda zaczęła się od tego, iż Brian postanowił udać się do pobliskiego zagajnika, rosnącego tuz koło domu jego matki. Idąc wśród drzew natknął się jednak na "dziurę w ziemi", do której po krótkiej chwili zdecydował się wcisnąć. Wewnątrz trafił na wąski ale długi korytarz, który zaprowadził go do ciasnego wyjścia zlokalizowanego w "bardzo zielonym miejscu". Wg słów Briana w miejscu tym nie świeciło żadne Słońce, niebo było ciemnozielone, natomiast ziemia nieco jaśniejsza, przypominająca kolor khaki (Brian wskazał ten kolor po podsunięciu mu próbek). Panował tam również, jak on to określił "niezupełny wieczór". Co ciekawe chłopiec upierał się też, iż w owym dziwnym miejscu zauważył "śmieszne, małe zwierzątko", kicające na tylnych łapach podczas gdy przednimi, o wiele krótszymi "wymachiwało na boki" jak dziecko udające ptaka. Całe zwierzątko było pokryte zielonym futrem z pomarańczowymi plamkami. W chwile później pojawiło się obok chłopca troje ludzi - kobieta i dwóch mężczyzn. Oni również mieli zieloną skórę, a do tego ciemnobrązowe włosy. Koloru ich oczu Brian nie potrafił określić, powiedział jednak ze ich ubrania "mocno błyszczały". W pewnej chwili jeden z mężczyzn wyciągnął z torby cos w rodzaju jakiegoś aparatu, przytknął go do ramienia chłopca i to była ostatnia rzecz która Brian zapamiętał. Ocknął się dopiero przed swoim domem, otoczony przez poszukujących go dorosłych. Rzecz jasna cala te opowieść również można potraktować jedynie jako wymysł, fantazje, ewentualnie sen młodego Briana. Nie udało się jednak ustalić gdzie Brian spędził faktycznie owe trzy dni. Próbowano tez badać go pod katem zażycia jakiegoś narkotyku, względnie podania go Brianowi przez inna osobę, ale i te wyniki nie wykazały niczego takiego.

Czyżby wiec Brian mówił prawdę, jednakże ze względu na swój młody wiek sam nie potrafił swego przeżycia "ubrać" w bardziej wiarygodne słowa? Całkiem możliwe, tym bardziej że o podlonym przypadku, aczkolwiek jakby z odwróconymi rolami, czytamy w angielskiej kronice z 1200 roku. Autorami dwóch wzmianek, dotyczących tej samej historii z 1154 są William z Newburgh jak również opat Ralph z Coggoshall. Tamtego roku, w maleńkiej wiosce o nazwie Woolpit w hrabstwie Suffolk, akurat trwały żniwa. Kiedy chłopi zbierali zboże ze swoich pól, raptem dostrzegli dwoje małych dzieci wyczołgujących się z pobliskich zarośli, byli to chłopczyk i dziewczynka. Najdziwniejsze w tym wszystkim było to, że oboje mieli zielona skórę oraz ubrani byli w dziwacznie skrojone, na pewno nie pasujące do okolic Suffolk, szaty. Kiedy zostały dostrzeżone przez rolników podniosły się z ziemi i zaczęły "jak obłąkane biegać po polu, dopóki żniwiarze nie schwytali ich i nie zaprowadzili do wsi, gdzie zebrał się wszystek lud, by przyjrzeć się cudowi". Jak dalej podaje opat Ralph "Nikt nie rozumiał ich mowy, Gdy prowadzono je do domu rycerza sir Richarda de Colne w Wikes, rozpaczliwie płakały. Podawano im jedzenie lecz nie tknęły niczego. Dopiero gdy przyniesiono zieloną fasole z łodygami, rzuciły się na nią. Otwierały łodygi - nie strąki - i nie znalazłszy ziaren - znów płakaly. Dopiero obecni pokazali im, jak znaleźć fasole, która zjadły ze smakiem". Zielona para do końca swoich dni żywiła się w zasadzie tylko fasolą. Chłopiec nie żył długo, zmarł po kilku miesiącach od znalezienia go na polu. Przez ten cały czas sprawiał wrażenie zasmuconego i ciągle zmęczonego. Jednakże dla odmiany, dziewczynka z zieloną skórą bardzo dobrze czuła się w nowym świecie i nie miała większych problemów z przystosowaniem się do naszych warunków. Nauczyła się nawet jeść nasze potrawy, a do tego jej zielony kolor na skórze jakby nieco zbladł. Zdecydowano wiec o tym, aby dziewczynę ochrzcić po czym została ona już na stale w zamku sir Richarda. Nie była jednak taka jak inne dziewczyny w jej wieku - wg przekazów opata Ralpha "była rozwiązła i bezwstydna w swoim zachowaniu". Pomimo to jakiś czas później zdecydowano wydąć ja za mąż za mężczyznę z pobliskiego Kings Lynn. Najwięcej udało się dowiedzieć od dziewczyny dopiero po tym, jak nauczyła się miejscowej mowy. Zapytana o kraj z którego pochodzi odpowiadała ze jej świat jest "cały zielony, nie świeci tam żadne Słońce i ciągle panuje półmrok, a wszyscy ludzie - tak jak ona - posiadają zielona skórę". Pytana o to w jaki sposób dostała się ze swojego świata do naszego, wyjaśniła, iż któregoś dnia pilnowała wraz z bratem stada swoich zwierząt (niestety kroniki nie podają cóż to były za zwierzęta i jak wyglądały). W pewnej chwili oboje usłyszeli, nieznany im wcześniej, dźwięk dzwonu, dochodzący z niewielkiej jaskini. Wraz z bratem weszli do niej i po przejściu długim korytarzem wydostali się na powierzchnie w naszym świecie. W jednej chwili jednak jasno święcące Słońce i upal całkowicie ich zaskoczyły, po krótkiej chwili oboje zemdleli. Kiedy po jakimś czasie ocknęli się, ze strachem zaczęli szukać wejścia do tunelu aby wrócić do domu, jednak wówczas zostali zauważeni przez "białoskórych" rolników na polu.

Wszystkie te opowieści skłoniły poszukiwaczy do tego, aby spróbować odnaleźć tajemnicze wejście prowadzące do tuneli i zielonych światów. Niestety pomimo solidnych poszukiwań do dzisiaj nie udało się go zlokalizować. To samo dotyczy "dziury w ziemi" do której w 1987 roku wszedł Brian Stone. Jednak może zastanowić fakt, ze kiedy zerkniemy na mapę Anglii, to okaże się, że Woolpit wspomniane w kronikach i Showbury w którym mieszkał Brian dzieli bardzo mała odległość. Może wiec istotnie w tamtej okolicy znajduje się wejście do podziemnych tuneli, bez względu już na to czy historie o "zielonym świecie" są prawda czy fikcją. Zastanawia tez fakt, ze hipotetyczni mieszkańcy "zielonego świata" którzy spotkali się z Brianem, zdecydowali się odstawić go na swoje miejsce, zatem oni również muszą zdawać sobie sprawę z możliwości przejścia z ich świata do naszego. Kiedy wiec głębiej nad tym pomyślimy i przypomnimy sobie o przekazach starożytnych Indian, o odkryciach w Kalifornii i pod górą Mt.Shasta, o opowieściach z czasów nam współczesnych jak i o tych które możemy przeczytać dzięki średniowiecznym skrybom, musimy dojść do wniosku, że opowieści te są w znacznej mierze prawdziwe. Pozostaje więc mieć nadzieje, że ktoś kiedyś zdecyduje się zbadać to zagadnienie bez lęku przed uznaniem go za wariata, bądź tez bez uczynienia z całego tematu kolejnej tajemnicy, jaka dołączy do zbioru tych, którym ludzkość stawia czoło od niepamiętnych czasów....

 

Alchemia

w poszukiwaniu Eliksiru Wielkiego Pomieszczenie było rozjaśnione jedynie płomieniami paleniska, ciszę przenikało bulgotnie płynów przelewających się w niezliczonej liczbie szklanych kolb, probówek i rurek. W ciemności komnaty, wsród tygli i moździerzy siedział starszy człowiek z kosmykami siwych włosów wyrastających spod kapelusza. Zadumany patrzył w ogień. Swój przenikliwy wzrok skierował nagle w stronę retorty z wrzącą cieczą. W jego głowie kłębiła się jedna tylko myśl: czy właśnie teraz dokonał tego co starał się osiągnać w trakcie tych niezliczonych nocy spędzonych samotnie, otoczony dziesiątkami niezwykłych przyrządów, słoików z rtęcią i siarką, pośród oparów kwasów, słysząc jedynie swoje myśli i trzaski płomieni w palenisku. Niejednokrotnie budził sie zlany potem w swej pracowni, gdy wyrywały go ze snu wizje diabolicznych bestii i demonów. Czy ta odrobina żółto-pomarańczowego proszku, którą miał właśnie teraz przed oczami była lapis philosophorum - Kamieniem Filozoficznym, substancją mająca zmieniać dowolny metal w złoto, będącą lekarstwem na wszystkie choroby, stanowiącą wypełnienie celu życia każdego mistrza nauk tajemnych, każdego alchemika... Dążeniem każdego alchemika był Kamień Filozoficzny, Eliksir Wielki, lapis philosophorum, spiritus rector, almagra, czerwony bolus, czerwona ziemia - wiele nazw miała owa substancja, jako jedyna we wszechświecie niezłożona i niezmienna. Odrobina jej miała wystarczyć, aby każdy metal nieszlachetny zamienić w najcenniejszy kruszec - złoto. Silnie rozcieńczony roztwór Eliksiru Wielkiego miał stanowić Eliksir Życia - lekarstwo na wszystkie choroby dręczące gatunek ludzki, mający przedłużać życie o kilkaset lat, a nawet ożywiać zmarłych. Tysiące mężczyzn i kobiet na przestrzeni stuleci poświęciło się owemu zadaniu, spędzając długie lata na przeprowadzaniu skomplikowanych doświadczeń i badań. "To pewne bez oszustwa, prawdziwe i sprawiedliwe! To co na dole, jak to co na górze i to co na górze jak to co na dole, po to aby dokonać jednego i tego samego cudu" Korzenie alchemii sięgają bardzo daleko, w czasy Starego Państwa faraonów (Thot - bóg wiedzy tajemnej, pierwszy nauczyciel), jeśli nawet nie wcześniej. Zachowały się do dziś wzmianki o alchemikach w starożytnych Chinach, jak i wśród uczonych Aleksandrii. Chińscy alchemicy byli wyjątkowo skrupulatni w swych badaniach dopuszczając się eksperymentów na ludziach (wykorzystywano do badań skazańców). Podejrzewa się, że to właśnie oni przez przypadek odkryli proch strzelniczy. Średniowieczni alchemicy dopatrywali się jednak głównej roli w powstawaniu tej nauki w osobie Hermesa Trismegistosa - postaci legendarnej i tajemniczej jak cała ta dziedzina. Alchemicy uznawali go za swego patrona. Czczony był do tego stopnia, że wśród wtajemniczonych wypowiedzenie jego imienia było uznawane za cos zdrożnego. Swój kult Hermes zawdzięcza przypisaniu mu autorstwa alegorycznego tekstu, znajdującego się na tak zwanej  Szmaragdowej Tablicy (Tabula Smaragdina), która niestety zaginęła już w starożytności, pojawiając się później tylko na tyle, że została przetłumaczona i powtórnie zaginęła. Twierwdzono iż tekst ów zawierał w sobie ukryty opis systemu światów jak i przepis na Kamień Filozoficzny - stanowi on jakoby kwintesencję wiedzy alchemicznej. Zachowany fragment tekstu z Szmaragdowej Tablicy jest jednak zarówno zagadkowy jak i trudny do jednoznacznego zinterpretowania. Do Europy alchemia dotarła dzięki dziełom alchemii arabskiej (VI-XI wiek), a szczególnie w VIII wieku za pośrednictwem arabskiego filozofa Gebera. "Skoro z człowieka rodzi się człowiek, a ze zboża zboże, więc również ze złota powinno powstawać złoto" Alchemicy byli przekonani, że wszystkie substancje mają duszę. Uważali, że matale na podobieństwo roślin i zwierząt mogą się rozmnażać. Często korzystali z pojęcia "multiplikacja", co miało oznaczać zwielokrotnienie ilości złota. Ponadto uważali, że możliwe jest przekształcanie jednych substancji w drugie, gdyż te pośledniejsze ulegają wpływom silniejszych i doskonalszych. Tak więc do każdej transmutacji niezbędna jest chociaż odrobina cennego kruszcu. Wśród alchemików istaniał pogląd iż wszystkie ciała powstały z jednej pramaterii i są zdolne do nieograniczonych zmian aż do momentu, w którym staną się jednością. Tylko Eliksir Wielki w tym rozumowaniu był niezłożony i niepodzielny. Bardzo ważną rolę we wszystkich doświadczeniach odgrywały zawsze rtęć i siarka. Ta pierwsza zwana "płynnym srebrem" bądź "substancją Merkuriusza" postrzegana była jako dusza metali i podstawowy składnik wszystkiego. Siarczek rtęciowy (HgS), powodujący jej zestalenie, oreślano mianem "substancji boskiej". Preparowano również rozpuszczalnik zwany Merkuriuszem filozoficznym. Otrzymywano go z rtęci zwykłej po usunięciu domieszek. Wszystkie metale w postrzeganiu alchemików, składały się ze związków rtęci i siarki. Do tych dwóch związków dochodziły przeważnie w doświadczeniach: żelazo i kwasy. Wszystkie składniki zostawały dokładnie przygotowywane - kruszone i mieszane w moździeżach - zdarzało się, że już tylko ten etap mógł trwać pół roku. Uzyskaną miksturę podgrzewano w metalowych, bądź szklanych tygielkach. Odpowiednio podgrzany proszek poddawany był działaniom kwasów. Koniecznym było, aby ta część eksperymentu odbywała się przy świetle księżyca, bądź przy świetle słonecznym odbijanym w lustrze. Otrzymaną substancję należało przedestylować, był to najtrudniejszy jak i najbardziej czasochłonny, dochodzący do kilku lat etap, jaki był konieczny do przebycia drogi do otrzymania wymarzonej substancji. Ową destylację alchemik mógł zakończyć tylko w momencie, gdy pojawił mu się znak, jednakę każdy alchemik miał odmienne podejście do tego jak ów znak miał wyglądać. Najprawdopodobniej kierowali się tu oni własną intuicją. To co otrzymano po destylacji utleniano azotanem potasu (w tym momencie bardzo często produktem ubocznym był proch strzelniczy). Substancję umieszczano poźniej w szczelnym pojemniku, podgrzewano do pożądanej temperatury, po czym powoli schładzano. W retorcie pozostawała odrobina białej substancji zwana "białym kamieniem", umożliwiająca jak uważano transmutację metali w srebro i to właśnie ona po wielu dalszych skomplikowanych procesach: ogrzewania, schładzania oraz oczyszczania mogła zmienić się w tak upragniony kamień filozoficzny. Jedni uważali, że ma on postać proszku koloru żółto-pomarańczowego bądź koloru siarki, drudzy twierdzili, że miał kolor dzikiego maku lub soli morskiej, jeszcze inni uważali to za ciało stałe, ciemnorubinowe, przeźroczyste, kruche jak szkło. 

Alchemia to jednak nie tylko chemia - łączyła ona w sobie elementy filozofii, astrologii, magii, astromineralogii, okultyzmu i astrobotaniki. W alchemii wszystko miało zabarwienie mistyczne. Mistrz wiedzy tajemnej w swych opisach korzystał z zagadkowej symboliki i alegorycznego języka zrozumiałego wyłącznie dla wtajemniczonych. Jedni uważają, że czynił tak, aby jego osiągnięcia nie zostały wykorzystane w złym celu, inni iż był to po prostu sposób na zatuszowanie faktu iż uzyskanie kamienia filozoficznego nigdy mu się nie powiodło. Astrologia w alchemi ujawnia się w powiązaniu różnych pierwiastków z planetami oraz na uzależnianiu przebiego doświadczeń od zjawisk na niebie:

Srebro - przypisano je Księżycowi i bogini Lunie. Jego dzień tygodnia to poniedziałek.

Żelazo - to Mars, planeta identyfikowana z bogiem wojny. Dzień tygodnia to wtorek.

Rtęć - utożsamiana z Merkurym, bogiem handlu. Dzień tygodnia środa. 

Cyna - kojarzona z Jowiszem, planeta Boga błyskawic.

Miedź - Wenus, nazwana od bogini miłości. Dzień: piątek

Ołów - przypadł ponuremu Saturnowi, planecie boga rolnictwa. Dzień: sobota

Złoto - miało związek ze Słońcem i bogiem Sol. Dzień tygodnia to niedziela

 

"Wojną smoków" określano w alchemii fuzję wszystkich składników. Podczas prac z pierwiastków pierwotnych uwalniały się pierwiastkimęski i żeński, mieszając się z sobą tworzyły jedność - "żeniły się z sobą" - jak to opisywano w jednym z najsłynniesjszych dzieł alchemicznych - alegorycznym romansie "Chemiczne zaślubiny" stanowiącym metraforyczny opis transmutacji sprowadzając ją do obrazu magii seksualnej, rozumianej jako sposób osiągnięcia iluminacji, czyli duchowego oświecenia. Salamandrze przypisywano moc gaszenia ognia, uznawano je za symbol niezniszczalności. Cała alchemia miała swój mistyczny obraz we wszystkim co było z nią związane. Nie była wyłącznie dziedziną nauki, była raczej dążeniem do czegoś niezrozumiałego, do spełnienia marzeń. Prawdziwym alchemikom nie zalężało tyle na produkcji złota, co na samym odkryciu magicznej formuły.

"Rzec wam muszę, że Natura zawsze dąży do doskonałości, która cechuje złoto: jednak rozmaite przypadkowe okoliczności zmieniają ją w pospolity metal"

Roger Bacon, XIII-wieczny filozof

Życie alchemika nie było łatwe, stanowiło wielkie poświęcenie. Wbrew pozorom było zajęciem bardzo niebezpiecznym. W owych czasach nieznano jeszcze właściwości wszystkich związków chemicznych oraz sposobów zabezpieczania się przed skutkami ich wpływu na  organizm ludzki. Bardzo wielu alchemików pod wpływem oparów czieczy i gazów, które wydzielały sie podczas reakcji chemicznych w ciasnych, niewietrzonych pracowniach ginęło bądź traciło rozum pod wpływem zatrucia związkami ołowiu i rtęci. Jak już wspominałem, jednym z produktów ubocznych w procesie uzyskiwania kamienia filozoficznego niejednokrotnie była substancja zwana dziś prochem strzelniczym, więc często ci, którym udało się uniknąć zatrucia i pożaru, rozrywani byli na strzępy nieznając jego wybuchowych właściwości. Była jeszcze jedna przyczyna częstych zgonów wśród przedstawicieli tej dziedziny nauki. Otoż większość XV i XVI wiecznych alchemików było szarlatanami tej dziedziny. Liczyli, że znajomość podstawowych zasad chemii będzie dla nich drogą do bogactwa. Niejednokrotnie źle na tym wychodzili, byli więzieni, wieszani, topieni, rostrzeliwani, ścinani, paleni...(również ci prawdziwi, gdy trafili da dwór nieodpowiedniego władcy) w wyniku niewypełniania obietnic jakie składali swym chlebodawcom. Przez pewien okres w modzie było posiadać nadwornego alchemika, licząc że znajdzie on drogę do niezmierzonych bogactw. W momencie, gdy niespełniał oczekiwań - ponosił za to karę. Inni podając się za alchemików dzięki pomocy znanych sobie sztuczek oszukiwali i wyłudzali pieniądze.

Alchemii uznaje się za dziedzinę nauki, jednak jest bardzo trudna do sprecyzowania. Jest ona kunsztem bardzo osobistym nie mogącym zamykać się w określonych ramach. Każdy alchemik postępował według własnych zasad i metod. Nie prowadzono dysput naukowych ani sie nie zwalczano, jednak swych tajemnic strzeżono bardzo dokładnie. Zdarzało się jednak, że przywłaszczano sobie cudze osiągnięcia. Alchemicy bardzo rzadko mieli uczniów, niechcąc dopuścić do wyjawienia swych osiągnięć. Niektórzy wydawali swoje prace i podręczniki, ale opisy w nich ukryte są za ścianą szyfrów i metafor, nic nie jest napisane wprost. Świat alchemii jest światem tajemniczym pełnym zabobonów, okultyzmu, mistycyzmu - wszędzie pełno mitycznych postaci, smoków, demonów, bestii i innych przedstawicieli fantastycznego świata. Alchemia miała jakby kilka warstw w jakich się spełniała, nie można tego co robili uprościc do mieszania substancji i wytopu metali w celu osiągnięcia sławy i bogactwa. Przedstawiała ona raczej procesy psychiczne za pomoca chemii, przeżywając zmiany swojej psychiki alchemik, doświadczając jej, dokonywał projekcji nieświadomych treści na substancje chemiczne. Ów kamień filozoficzny, poszukiwane złoto stanowiło także złoto filozoficzne, niejednokrotnie przedstawione jako postać ze skrzydłami. Wiele świadczy o tym iż prawdziwym dążeniem alchemi było uzyskanie czystości ducha. Carl Gustaw Young (jeden z twórców psychoanalizy) badając ilustracje zawarte w księgach alchemicznych zauważył bardzo wiele podobieństw ze snami swych pacjentów. Twierdził on, że obrazy te są wytworami naszej "zbiorowej nieświadomości" - części umysłu wspólnej wszystkim ludziom. Za takim , wręcz psychologicznym podejściem do alchemii, opowiada się fakt, że alchemicy uważali, że aby osiągnąc swój cel, ich dusza musi pozostać czysta. Wielu poszukiwaczy mądrości na przygotowania i wdrażanie się w alchemiczny świat poświęciło najlepsze lata swego życia. Jest jednak jeszcze jeden powód dlaczego alchemia owiana była nautką tajemniczości - już w 1317 roku papież Jan XXII wydał dekret zabraniający jej uprawiania, a podobne dekrety w późniejszych latach wydawały rónież władze świeckie.

Alchemii zawdzięczamy dziś bardzo wiele. Jest ona matką dzisiejszej chemii i dała podstawy farmakologii. Dzięki niej poznaliśmy takie pierwiastki jak : fosfor, selen, arsen, antymon, bizmut, wodór, cynk. Mamy dokładne opisy tych już odkrytych wcześniej. Zbadano wiele nowych związków chemicznych, np. kawsy azotowy i solny, pozyskano azotan srebra, niektóre sole, amoniak czy tzw. wody królewskiej (rozpuszczającej wszystkie metale łącznie ze złotem i srebrem). Alchemicy opracowali sposoby oczyszczania ciekłych mieszanin, procesy sublimacji, amalgacji, rozpuszczania, krystalizacji, filtrowania udoskonalili proces destylacji, wpadli na pomysł urzyźniania gleby poprzez dodawania składników mineralnych (polski alchemik Michał Sędziwój), odkryli oni zjawisko fluorescencji (samorzutne świecenie ciał ciekłych), chemilumiscencji jak i elektryczności choć nie potrafili ich użyć. Wielkie zasługi mają oni również w medycynie, gdyż alchemia w bardzo dużym stopniu zajmowała się leczeniem chorób i opisem różnych schorzeń. W sposób pośredni przyczynili się do wynalezienia fotografii, zauważając wpływ działania światła słonecznego na procesy chemiczne.

Nigdy się prawdopodobnie nie dowiemy czy którykolwiek z mistrzów wiedzy tajemnej zdołał odkryć metodę zamiany metali nieszlachetnych w złoto, czy odkrył tajemnicę Eliksiru Wielkiego - lecz okazuje się, że owego Kamienia Filozoficznego nie wszyscy szukali pośród tygli i retord, ale w samych sobie.

 

Światła na Marsie

W fantastycznej powieści H.G. Wellsa "Wojna światów" mowa o potężnym wybuchu gazów na Marsie, dokładnie o północy. Czysta fantazja... Jakież było zdziwienie astronomów, gdy okazało się, że wybuchy i światła na Czerwonej Planecie pojawiają się naprawdę. Text ten jest zestawem obserwacji niezwykłych zjawisk obserwowanych przez astronomów na powierzchni tej planety. Moją małą próbę wytłumaczenia tych anomalii potraktujcie z przymrużeniem oka, jeśli ktoś z Was jest wstanie zaproponować inne wytłumaczenie, z chęcią zamieszczę jego teorię na łamach Czasu Bogów.

A teraz pora na omówienie najciekawszych obserwacji dokonanych na przestrzeni ostatniego wieku:

11 grudnia 1896 roku angielski astronom Illing obserwował jasno migocący punkt na Marsie, który szybko zgasł. W sierpniu 1924 roku radziecki naukowiec prof. N.P. Barabaszow spostrzegł wyjątkowo jasną białą smugę, widoczną przez kilka minut. We wrześniu zaś 1956 roku astronomowie z Ałama Aty zarejestrowali jasny punkt na powierzchni planety, który od czasu do czasu migotał niebieskawo-białym światłem i wówczas jego jasność nie ustępowała południowej czapie polarnej planety. 4 czerwca 1937 roku świat obiegła wstrząsająca wieść o odkryciu japońskiego astronoma Sidsue Madea. W regionie Sithonius Lacus zaobserwował on silnie pulsującą jaskrawym światłem plamę migoczącą jak gwiazda. Jej jasność przewyższała świecenie czapy polarnej. Plama znikła po około pięciu minutach.

Na temat tych i podobnych obserwacji snuto wiele przypuszczeń i hipotez. Oficjalnie przyjęto, iż były to słoneczne odblaski w wodzie [jak wiemy dziś na powierzchni Marsa najprawdopodobniej nie ma wody w stanie płynnym], lub na zboczach gór pokrytych lodem [są one zlokalizowane w rejonach biegunowych]. Pierwszym zgrzytem w tej teorii był artykuł astronoma W. Dawidowa, który badając dziwne świecące zjawiska na Marsie doszedł do wniosku, iż taki odblask mogła spowodować idealnie gładka, lustrzana powierzchnia. Co więcej obliczył, że w przypadku zjawiska zarejestrowanego 4 VI 1937 powierzchnia odbijająca światło musiała stać prostopadle do horyzontu Marsa.

Lata 50-te przyniosły nasilenie częstotliwości obserwowania tajemniczych zjawisk w postaci bądź to migoczących, świetlnych punktów, bądź to jasnych, pojawiających się na krótko chmur. Obserwacje te stały się tematem książki Cienie na gwiazdach Petera Kolosimo, który cytuje wypowiedź amerykańskiego profesora Rossa Mitchella: Marsjańskie obłoki składają się, o ile możemy stwierdzić, z pyłu i pary wodnej, co każe przypuszczać, że są produktem jakiegoś procesu odbywającego się we wnętrzu planety. W grę może wchodzić wybuch lub gigantyczna cyrkulacja tektoniczna. Ponieważ obłoki utworzyły się nieprawdopodobnie szybko, dosłownie z dnia na dzień, oznacza to, że zjawisko musiało się dokonywać z niewiarygodną gwałtownością.

Co do obserwacji 'chmur', najciekawszą zdaje się być obserwacja Wernera Sandera z obserwatorium w Monachium, który na początku lat 50-tych uchwycił moment, gdy około 30 kilometrów na północ od tropikalnej strefy Marsa pojawiła się biała chmura w kształcie grzyba, której rozmiary sięgały 500 kilometrów. Obserwacji dokonał za pomocą 20-centymetrowego refraktora [teleskop soczewkowy]. Oto fragmenty jego zapisków z obserwacji:

3 kwietnia 1952, 23.05: Niezwykły szczegół na tarczy Marsa, widoczny na pierwszy rzut oka bardzo wyraźnie. Na południowej półkuli w pobliżu południka bardzo ciemny, rozległy obiekt, który ciągnie się daleko na południe aż do okolic równika i jest przecięty jasnym mostem...

8 kwietnia 1952, 22.25: Wyjątkowo godny uwagi, mały, podobny do gwiazdy, zadziwiająco jasny twór na prawej wschodniej krawędzi. Przypomina niewielką plamę biegunową, trochę na północ od równika. Ma zaskakującą jasność... Ogromne rozjaśnienie na zachodniej  krawędzi ponad Isidis Regio. Niespodziewanie jasny twór nad okolicą Chryse...

17 kwietnia 1952, 21.50: Mała jasna plama na biegunie północnym. Rozległa jasna powierzchnia na południe od południowego pasa "mórz". Silne rozjaśnienie na wschodniej krawędzi na południe od równika...

19 kwietnia 1952, 02.20: Na południowo-zachodniej krawędzi jasna plama, podobna do plamy biegunowej... W kwadrancie południowo-wschodnim trójkątny, ciemny twór, trochę mniejszy od obiektu w kwadrancie południowo-zachodnim... Słabe, rozległe rozjaśnienie na zachodniej krawędzi widocznej części tarczy w rejonie równika i niewielka, wyjątkowo jasna powierzchnia w okolicy równika na wschodniej krawędzi widocznej części tarczy...

W 1969 roku dr Holger Heusler z berlińskiego Obserwatorium Wilhelma Foerstera opracował jako pierwszy systematykę 'chmur'. Podzielił je w zależności od koloru na białe, szare i niebieskawe, Opisał też dokładnie zadziwiający 'efekt słupa dymu' w rozmieszczeniu warstwy szarych chmur o wysokości średnio 30 kilometrów - zjawisko nieporównywalne z żadnym innym naturalnym zjawiskiem atmosferycznym na Marsie. G.N. Katterfeld określił dwie strefy szczególnego nasilenia tego typu zjawisk: na równiku i na 35o długości południowej [proszę zwrócić uwagę, iż rozmija się to z lokalizacją stref lodowych pól na planecie, które to powszechnie uznaje się za źródło obserwowanych niezwykłości].

Praca dr Heuslera zawiera kolejne opisy podobnych obserwacji:

8 grudnia 1951: T. Sayeki, zachodnie obszary Tihonius Lacus: jaśniejsze od północnych czap polarnych, pulsujące przez około 5 minut, wreszcie powstanie dużej szarej chmury o średnicy ok. 300 kilometrów, czas trwania zjawiska ponad 40 minut. 1 lipca 1954: T. Sayeki, Edom: trwanie 'flary' ok. 5 sekund, barwa zmienna - od doskonałej bieli po żółto-białą. 6 listopada 1958: S. Tanabe, południowy skraj Tihonius Lacus: znacznie jaśniejsze od czapy polarnej, trwanie zjawiska ok. 4 minut. 10 listopada 1958: S. Fukui, północno-wschodnie obszary Solis Lacus: jasność taka jak czap polarnych, trwanie 'flary' ok. 5 minut, wielkość 250 kilometrów. 21 listopada 1958: T. Sayeki i I. Tasaba, północny obszar Hellas i Edom: dwie jasne plamy, widoczność 5 minut, delikatnie pulsujące. 5 grudnia 1958: S. Murayama, południowo-zachodni obszar Mare Acidalium: mała, bardzo jasna, barwa biała, czas ok. 5 minut; od 23 lipca do 2 sierpnia T. Sayeki w tym właśnie regionie obserwował plamę określoną jako jasna wąska chmura. 20 marca 1967: S. Miyamoto, Arcadia i Neith Regio: dwie krótkotrwałe białe plamy. 21 kwietnia 1967: S. Miyamoto, Hellas: wyjątkowo jasne i krótkotrwałe. 5 maja 1967: S. Miyamoto, Nix Olympica: trzy biała i krótkotrwałe plamy. Jak właściwie należy rozumieć te zadziwiające zjawiska?

Obecnie uważa się [w przeciwieństwie do lat 50-60-tych], że Mars nie jest aktywny sejsmicznie i wulkanicznie. Za jedyny wyjątek uważa się dolinę Vallis Marineris, co udowadniała Barbara Lucchitta. Właściwa aktywność wulkaniczna wygasła na Marsie ponad miliard lat temu. W większości wskazanych powyżej regionów wulkanów nigdy nie było, bądź też wygasły one w zamierzchłej przeszłości, tu wyjątkiem jest Nix Olympica - wygasła stosunkowo niedawno. Czyżby nie były to zjawiska naturalne, skoro mocno wątpliwymi są wytłumaczenia uciekające się do teorii odbłysków światła w marsjańskich lodowcach? Owe słupy dymu, chmury w kształcie grzyba, nagłe rozbłyski - czyż nie przypominają one ziemskich prób z bronią jądrową? Co najciekawsze: odkąd wysyłamy sondy marsjańskie wszelkie zjawiska świetlne nagle przestały mieć miejsce! Czyżby ktoś chciał się przed nami ukryć? I likwiduje swoją działalność na Czerwonej Planecie, tak byśmy nie odkryli jego istnienia? Teza ta, w zestawieniu z zagadkowymi niepowodzeniami ostatnich misji marsjańskich, tajemnicami, jakie kryją w sobie księżyce Marsa: Phobos i Nerida, a także w zestawieniu ze starożytnymi tekstami, które bazy wypadowe bogów lokowały właśnie na najbliższych Ziemi planetach, brzmi bardzo intrygująco.

Artykuł nadesłany przez Adamsa - administratora strony: adamszewczak.republika.pl


Komentarze  

0 #1 agi 2009-08-23 16:00
Weszłam na stronkę przez przypadek - szukając info o reinkarancji - a tu prosze. Artykuł przeczytałam od deski do deski. Dziękuję.
Cytować

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież