header1.jpgheader2.jpgheader3.jpgheader4.jpgheader5.jpgheader6.jpg

logo

Twórczość literacka

Śladami Vilcacory

Ocena użytkowników:  / 16
SłabyŚwietny 

Śladami Vilcacory

Interesując się medycyną naturalną, a w szczególności ziołami, już od długiego czasu korzystałem z wielu ziół, przeważnie tych ogólnie znanych, rosnących w Polsce czy też Ameryce Północnej. Czasami docierały do mnie fragmenty drukowanych informacji o specyfikach z Ameryki Południowej, często kojarzonych z plemieniem Inków, np. Pau d'arco potocznie nazywanym "skarbem Inków", Cat's Claw (Koci Pazur) i wiele innych.

Od pewnego czasu mieszkam w Ameryce Północnej w pobliżu Chicago. Dużo różnych ciekawostek z dziedziny techniki, medycyny, systemów wierzenia (czyli religii) przetacza się przez życie prawie każdego, kto przebywa przez jakiś czas tam, gdzie się spotykają chyba wszystkie kultury i obyczaje obecnie egzystujące na kuli ziemskiej. Jednym słowem, mowa o "wietrznym mieście" Chicago. Podróżując trochę po zachodnich stanach USA, w połowie lat 90-tych, w czasie wycieczki samochodem do Grand Canyon w Arizonie, zatrzymałem się na przydrożnym zajeździe przy drodze prowadzącej do tej słynnej "wielkiej dziury w ziemi", przed Canyon Trading Post, gdzie poznałem Dzikiego Mietka z Arizony. Było to interesujące spotkanie, bo nie codziennie można spotkać Polaka na "Dzikim Zachodzie". Po wieczornych pogaduszkach pożegnałem się, nie będąc świadom że jeszcze kilkakrotnie tam powrócę. Następnego poranka ruszyłem w dalszą podróż dookoła Grand Canyon.

Tak rozpoczęła się interesująca znajomość z Dzikim Mietkiem, z którym miałem możliwość wyjechać do Peru, a przeżycia i wrażenia z naszej wspólnej wycieczki pragnę teraz opisać.

Był początek maja 1997, gdy Mieczysław powiedział że wybiera się ponownie do Peru, między innymi spotkać się z ojcem Szeligą, polskim misjonarzem. Moja decyzja też była szybka tym razem. Poprzedni jego wyjazd był równie szybko zorganizowany, ale z kilku względów nie pojechałem. Skończyło się więc na chęci wyjazdu następnym razem, który to miał zdarzyć się kilka miesięcy później. Spotkanie w Limie wyznaczone było na połowę maja. Kilka szybko załatwionych formalności i już byłem gotowy do mojej pierwszej wycieczki do Ameryki Łacińskiej, by wspólnie wyjaśnić pomówienia, rozbieżności, kontrowersje i różnorakie plotki dotyczące ojca Szeligi i "Vilcacory w pastylkach".

Doleciałem do Peru dzień wcześniej przed umówioną datą, dlatego miałem cały dzień na zwiedzanie tego, naprawdę dużego miasta Limy. Oficjalnie zarejestrowanych jest tam jakieś 8 milionów ludzi, a rzeczywiście mieszka około 13 milionów. Korzystałem z taxi jako najszybszego i w miarę taniego środka lokomocji. Z centrum obok Pałacu Prezydenckiego objechałem najbliższe dzielnice nie zawsze bogate. Do bardziej ekskluzywnych, nad brzegiem oceanu należą Miraflores i San Isidor. Potem powrót do hotelu Europa. Następnego dnia dojechał Mietek z Arizony i nasz wspólny znajomy, Piotr z Chicago. Po ustaleniu wstępnego planu, jak będziemy poruszać się "szlakiem Vilcacory", ruszyliśmy do pierwszego punktu kontaktowego czyli pana Jerzego Zakrzewskiego, który urzęduje w hotelu Polonia w Miraflores. Jest on bezpośrednim współpracownikiem ojca Szeligi i jednocześnie założycielem firmy Vilcacora Polaco - Peruana S. A. . A pan Jerzy przedstawił nam całą sytuację jak wszystko wygląda rzeczywiście. Wielu domorosłych handlarzy, powołuje się na autoryzację ziół przez ojca Szeligę, nie zawsze zdając sobie sprawę z konsekwencji nie tylko prawnych, ale i moralnych za zniesławienie, wobec samego księdza i wobec ludzi w potrzebie. Ludzie ci walcząc często ze śmiercią i nie znając innej możliwości dotarcia do źródła, trafiają na takiego pośrednika, a ten bez rzeczywistego kontaktu z ojcem Edmundem Szeligą, sam dozuje jakieś "specyfiki" niewiadomego pochodzenia i niewiadomych właściwości leczniczych, ale według jego zapewnień - to zioła od ojca Szeligi. Taka "kuracja" może mieć odwrotny efekt.

Tak naprawdę jest niewiele osób, które rzeczywiście spotykają się z ojcem. Poza panem Jerzym Zakrzewskim drugą osobą (znaną dla naszej trójki) jest spotkany przez nas Marek Lubiński z Limy, ale o nim w dalszej części.

Rozmawiając jeszcze z innymi ludźmi, dowiedzieliśmy się jak odbywa się prawdziwa współpraca Instituto Peruano de Investigation Fitoterapica Andina (IPIFA) z ojcem Szeligą. Ponad rok temu dokonało się pragnienie ojca Szeligi o stworzeniu ośrodka pomocy najbardziej potrzebującym pacjentom, gdzie można będzie wykorzystać półwieczną wiedzę i doświadczenie polskiego misjonarza. Opaczność skierowała go z misją głoszenia Słowa Bożego do Indian Ameryki Południowej, a tam w zamian otrzymał wiedzę i praktykę jak korzystać z darów Bożych w naturze. Chciał to przekazać również białym braciom i siostrom, ale spotkał on na swojej drodze ludzi biznesu. Jak zwykle początki współpracy wyglądały różowo i owocnie. Pacjenci przyjeżdżali na kurację, reklama się roznosiła, dochody wzrastały i nadszedł czas na rozbudowę firmy. W celu odciążenia Instytutu od wysyłania ziół do zamawiających ludzi, powstała "paczkarnia" w Londynie pod obecną nazwą Andian Medicine Centre. Firma ta miała zajmować się tylko przesypywaniem ziół w woreczki i odsyłaniem ich pocztą do pacjentów w Polsce i Europie. Kilka osób pracujących tam przyjechało na kilkudniowe szkolenie do Peru w celu utrwalenia umiejętności rozpoznania liści, kory czy korzeni podczas przesypywania do woreczków. Moim osobistym zdaniem takie krótkie szkolenie, to nie jest wiele w porównaniu do wiedzy osoby, która jest zdecydowana nauczyć się leczenia (fitoterapii) metodami dżungli od lokalnego uzdrawiacza (medicine man - curaderos). Taka osoba musi przebywać z nim przez minimum 1 rok w sercu dzikiej dżungli bez kontaktu z otaczającą cywilizacją, wśród dzikiej zwierzyny, jadowitych węży, i śmiercionośnych owadów, spędzając czas na żmudnym poznawaniu roślin leczniczych i możliwości ich zastosowania. Nie jest to sprawa taka błaha, ponieważ mała pomyłka może spowodować, że roślina lecznicza będzie działać trująco i odwrotnie, dlatego odpowiedzialność za leczenie jest naprawdę wysoka. Ten proces szkolenia ojciec Szeliga ma poza sobą. W swym sędziwym wieku chciał to przekazać swoim następcom w Instytucie IPIFA, ale tak jak najczęściej się zdarza w tego typu inicjatywie, najbardziej kompetentna osoba została potraktowana przedmiotowo. Pracownicy stworzyli sobie posady, nie zwracając uwagi na sedno sprawy. Na pewno nie są to przyjemne rzeczy, ale lepiej raz, a boleśnie spojrzeć prawdzie w oczy, niż oszukiwać się łagodnie i długo przez całe życie.

IPIFA ze względu na reklamę wywołaną przez wydaną na ich temat książkę, nie była w stanie przyjmować za wielu pacjentów i ograniczyła ilości przyjęcia Polaków do kilku tygodniowo. Dlatego ojciec Szeliga szukał jakiegoś innego ośrodka pomocy dla Polaków i na początku tego roku, 1997, powstała firma Vilcacora Polaco - Peruana S. A. z wcześniejszej spółki SZELZA (od nazwisk założycieli).

W piątek po południu dowiedzieliśmy się, że ojciec Szeliga trzy dni wcześniej potrzebował wyjechać do dżungli amazońskiej i może się uda go tam jakoś odnaleźć. Gdy pan Jerzy kontaktował się telefonicznie z klasztorem, my mieliśmy okazję rozmawiać z Claudio i w końcu wyjaśniła się sprawa, co to tak naprawdę jest "Vilcacora". Otóż jest to nowa nazwa, jakby handlowa, (najprawdopodobniej spolszczona) znanej od wielu tysięcy lat rośliny z dżungli, lokalnie nazywanej "UŃA DE GATO", o botanicznej nazwie.: Uncaria tomentosa lub po angielsku Cat's Claw z polskim tłumaczeniem Koci Pazur, która to roślina przeżywa jakby drugą młodość pod tą inną nazwą - Vilcacora.

Po ustaleniu szczegółów dotyczących wyjazdu do dżungli następnego poranka, będąc jeszcze w hotelu Polonia, i korzystając z gościnności pana Jerzego mieliśmy okazję zobaczyć z bliska proces jaki przechodzą produkty przywiezione z dżungli. Zaczyna się od segregacji i wyboru najbardziej wartościowych roślin z poszczególnych gatunków. Potem jest proces uzdatniania, tzn. oczyszczenia, na przykład: Uńa de Gato z niepotrzebnych fragmentów naskórka, ewentualnych grzybic, fragmentów gleby lub mikroustrojów. Następnie już po finałowym przetestowaniu, produkt nadaje się do zapakowania i spożycia, będąc dalej jeszcze w naturalnej postaci i zachowując swoje 99% właściwości leczniczych. Przetworzone zioła i rośliny tracą swe właściwości może nawet o połowę, a zapieczone w pigułki osiągają jeszcze większe straty (zdanie autora). Dzięki tej krótkiej prezentacji przez pana Jurka, bardziej szczegółowo poznaliśmy, z czym mamy do czynienia. Pożegnaliśmy się, żeby wcześnie rano następnego dnia ruszyć samochodem na spotkanie z ojcem Szeligą.

Przed nami do pokonania była długa i kręta, górzysta droga z Limy do miejscowości Satipo u stóp prawdziwej dżungli peruwiańskiej, odległej jakieś 550 km na wschód od Limy i leżącej po drugiej stronie łańcucha górskiego Andów. Jako przewodnik towarzyszył nam Claudio, który szczegółowo znał tamten teren. Pierwszą ciekawostką naszej podróży był przejazd przez przełęcz na wysokości 4,800 metrów n. p. m. Rozrzedzone powietrze na tej wysokości okazało się dla nas niezbyt przyjemne, z powodu braku tlenu i szybkiej zmiany ciśnienia. Jadąc dalej na wschód, elewacja się obniżała. Claudio poinformował nas, że już przebyliśmy ponad 3/4 drogi, a roślinność porastająca stoki gór zaczęła przypominać tropikalny wygląd. Claudio odpowiadał na nasze pytania dotyczące roślinności i szczegółowo o Vilcacorze. Ciekawostką była informacja, że jest 15 popularnych odmian Uńa de Gato i tylko 2 gatunki są uznane za lecznicze. Najbardziej popularnym jest Uncaria tomentosa który potrzebuje +/- 96% wilgotności i umiarkowanego nasłonecznienia do naturalnego rozrostu między drzewami. Dowiedzieliśmy się również szczegółów, jak odróżnić i kiedy zbierać korę z Uńa de Gato. Przy okazji Claudio wspomniał jeszcze o innych, nie znanych nam roślinach. Gdy dojechaliśmy do Satipo, znaleźliśmy biuro avionetek, gdzie dowiedzieliśmy się, że ponownie spóźniliśmy się, bo ojciec Szeliga ruszył dalej na północ. Po niedługiej naradzie stwierdziliśmy, że skoro zadaliśmy sobie tyle trudu żeby dojechać do dżungli, to możemy wybrać się na krótki spacer po niskiej dżungli porastającej dookoła stoki górskie. Mając jeż pierwszy prawdziwy kontakt z okoliczną roślinnością, zdecydowaliśmy się polecieć dalej na północ do miejscowości Pucallpa, gdzie ojciec Szeliga przebywał u pobliskiego plemienia Indian. Następnego dnia po południu wylądowaliśmy w Pucallpa, ale już nie udało się nam odszukać śladów, ani dowiedzieć się gdzie dokładnie moglibyśmy jechać dalej. Nie była to najweselsza wiadomość dla nas, bo zadaliśmy sobie tyle trudu, żeby spotkać kogoś na drugiej półkuli i do tego w dzikiej dżungli i będąc tak blisko nie byliśmy w stanie osiągnąć naszego zamierzonego celu. Korzystając z wolnego popołudnia wybraliśmy się na zwiedzanie dynamicznie rozwijającego się miasta i okolic Pucallpa. Poza nowo wybudowanymi obiektami banków kredytowych w centrum, otaczające okolice dalej przypominały kraj "trzeciego świata". Wybraliśmy się na krótką wycieczkę łodzią po dorzeczu Ucayali. Interesując się Uńa de Gato pytaliśmy o to naszego przewoźnika, który opowiedział nam o wyspie, gdzie jest ośrodek wypoczynkowy, w którym jako metoda uzdrawiania jest używany świeży sok z Vilcacora, dowożony z pobliskiej plantacji. Nie da się go konserwować żadnymi chemikaliami dlatego jest zdatny do picia tylko do 4 godzin od pobrania go z drzewa. Ważnym jest więc przebywanie w pobliżu dżungli, żeby można korzystać z tego dobrodziejstwa natury, a będąc gdzie indziej pozostaje nam popijanie chlorowanej wody z niemal wszystkimi pierwiastkami z tablicy Mendelejewa o różnym stężeniu i wieloma innymi chemikaliami nie zawsze uzdrawiającymi !

Każdy dzień naszej podróży przynosił coraz ciekawsze wiadomości na temat Vilcacora. Byliśmy już blisko Iquitos popularnego miasta w centrum dżungli peruwiańskiej i zdecydowaliśmy się dotrzeć również tam. Ponieważ nie ma do niego żadnych dróg dojazdowych, a dopłynięcie rzeką zajęłoby jakieś 5 dni, więc zdecydowaliśmy się na szybki przelot samolotem, tylko 50 minut. Będąc już w centrum Iquitos wykupiliśmy w biurze turystycznym wycieczkę z noclegiem w indiańskim szałasie, w miejscu jakieś 50 km płynąc Amazonką na wschód. Dopiero wtedy mogliśmy się poczuć, że już jesteśmy w końcu w prawdziwej dżungli. Oprowadzał nas Oscar, Indianin z pobliskiego plemienia, znający dobrze okolice, obyczaje i niebezpieczeństwa na naszej drodze. Płynąc łodzią po szerokiej Amazonce (po dopiero co zakończonej porze deszczowej) zbytnio nie odczułem że wokoło pływa tysiące piranii, aligatorów i węży wodnych. Przystanęliśmy łodzią na chwilę obok jednego z dorzeczy, żeby oglądać delfiny rzeczne dość unikalne. Nie chciały wyskakiwać z wody na nasz widok, ale ich wystawiane głowy też nas zadowoliły. Gdy wpłynęliśmy strumykiem pomiędzy drzewa i zarośla, nasz przewodnik szczegółowo opowiadał nam o wybranej roślinności i zastosowaniach. Ponownie przystaneliśmy pod drzewem średniej wysokości. Oscar powiedział, że sok z tego drzewa nazywa się Sangre de Grado, czyli Smocza Krew i jest ciemno czerwono-brązowy. Jest on używany na gojenie się ran, uzyskiwany jest poprzez nacięcie pnia drzewa maczetą pod kątem jakieś 45 stopni. W ten sposób może od razu skapywać do pojemnika i już być użyty do konkretnych celów. W końcu podpłynęliśmy pod zieloną lianę wyrastającą z wody z kilkoma czerwonymi liśćmi i Oscar z uśmiechem na twarzy przedstawił, że jest to właśnie Uńa de Gato i do tego ten właściwy gatunek Uncaria tomentosa. Pokazał nam dokładnie i wytłumaczył różnicę w wyglądzie kolców-haczyków pomiędzy dwoma odmianami leczniczymi tej rośliny. Opowiedzieliśmy mu historię w jakim celu przyjechaliśmy do Peru, i że to w końcu on przedstawił nam naturalnie rosnący Dar Boży, który chcieliśmy zobaczyć między innymi jako cel naszej wycieczki śladami Vilcacory. Nocowanie w szałasie z dachem krytym trzciną było też przyjemne. Ku naszemu zdziwieniu w tego typu domku mieliśmy łazienkę z sedesem, umywalką i prysznicem, tylko bez ciepłej wody, ale zimna woda miała temperaturę jakieś 38 stopnie C czyli tyle, co powietrze dookoła. Podczas naszego pobytu w dżungli odwiedziliśmy pobliską małą wioskę Indian Yagua. Potem było jeszcze oglądanie zwierząt, ptactwa, roślinności. Płynąc strumykiem wśród buszu, zatrzymaliśmy się przed pewnymi drzewkami, mającymi jakieś 5 metrów wysokości. Ich konary przypominały palmę kokosową, ale cienkie pnie miały mnóstwo igieł ułożonych w regularne krążki, otaczające pień od górnych gałęzi aż do tafli wody. Przypominało to słup elektryczny zabezpieczony kolcami przed wspinającymi się kotami czy wiewiórkami. W tym właśnie celu natura obdarzyła to drzewo palmowe kolcami, do samoobrony. Gdy Oscar mówił, jaki jest sprytny wąż elektryczny, to byliśmy zdumieni. W celu zjedzenia orzecha z tej palmy, wąż ten podpływa do pnia, wyładowuje swoje 250 V napięcia do drzewa. Pień ten przewodząc elektryczność dostaje skurczów powodując drganie konarów palmy, która w skutek czego gubi dojrzałe owoce spadające do wody poniżej. Tam pływający wąż już znajduje swe smakołyki. Kolejną ciekawostką było, gdy Oscar pokazał nam żółte owoce, wyglądające jak miniaturowe cytrynki, lokalnie nazywane Cocona. Używane są one do oczyszczania wody i robienia napoju orzeźwiającego. Ich sok w ciągu kilku minut z zamulonej wody robi smaczny napój. Jeszcze później oglądnęliśmy drzewo o lokalnej nazwie Cumaceba, Oscar ponownie tłumaczył właściwości lecznicze kory, o łacińskiej nazwie Suartzia. Nie łatwo jest w kilku zdaniach streścić to wszystko co zobaczyliśmy i usłyszeliśmy przebywając w dżungli. Jest to dobry zadatek na grubszą książkę. Tak zakończyliśmy nasze krótkie spotkanie z Amazonią.

Następnym etapem podróży po Peru był przelot do Cusco, zwiedzanie zabytków i okolic. Nie szczędząc pytań o roślinność, ponownie usłyszeliśmy o różnych ciekawostkach. Na przykład oryginalna Maca (Lepidium meyenii) oferowane w postaci mąki nie ma sobie równych jeśli chodzi o właściwości odżywcze i energetyczne. Nie mam na myśli tej popularnej o zabarwieniu kremowym, powszechnie sprzedawanej mąki (utrzymującej tylko około 30% swych wartości - zdaniem autora), lecz czystą białą mąkę z rośliny rosnącej dziko w górach, na wysokości 3800 - 4200 metrów npm., z dala od zatruwającej cywilizacji. Tam Maca "uciekła", na południe od Cusco. Jest ona zbierana 2 razy do roku, w lutym i wrześniu i posiada 100% wartości odżywczych. Oczywiście jest tak samo trudna do konserwowania jak i wiele innych naturalnych produktów w Peru.

Po powrocie do Limy w celu kontynuacji szlaku Vilcacory, wybraliśmy się na poprzednio umówioną wizytę w peruwiańskim ministerstwie rolnictwa, dokładniej Instituto Nacional de REcursos NAturales (INRENA), aby uzyskać informacje dotyczące Uńa de Gato od strony administracyjno prawnej. Osoba urzędowa wyjaśniła nam sytuację prawną odnośnie wywozu Uńa de Gato z Peru. Od stycznia 2000 roku zostały zaostrzone przepisy dotyczące wywozu roślin, w szczególności drzew, kory, korzeni, gatunków unikalnych, pod ścisłą ochroną i wielu innych. Restrykcje te powstały nie tylko ze względów ekonomicznych, ale głównie w celu powstrzymania gospodarki rabunkowej i eksploatacji dżungli, jaka miała miejsce w ostatnich latach. Dzięki tym restrykcjom można też powstrzymać rozprzestrzenianie się chorób leśnych, powstrzymać nieświadomy wywóz grzybic, larw owadów śmiercionośnych, wielu bakterii które często mogą się też okazać śmiercionośne na innych kontynentach i innych drobnoustrojów zadomowionych w pniu czy korze rośliny. Rzadziej tego typu przypadki dotyczą liści czy kwiatostanów, ale mogą się zdarzyć również. Ten przepis zarządzający kontrolę i inspekcję wywożonych produktów leśnych ma sens. Przepisy dotyczące eksportu, uchwalone w wyniku nalegań wielu kompetentnych ludzi, między innymi ojca Edmunda Szeligi, zezwalają na wywóz roślinności zagrożonej i chronionej tylko za zezwoleniem, które można otrzymać powolną drogą administracyją. Mając certyfikat potwierdzający pochodzenie rośliny (generalnie z plantacji), certyfikat stwierdzający, że jest to Uncaria tomentosa, uiszczone opłaty urzędowe i kilka jeszcze dodatkowych papierków można rozpocząć proces eksportu. Może to brzmi trochę skomplikownie, ale daje nam jako konsumentom jakąś gwarancję, że nie rozchorujemy się jeszcze bardziej, bo kora nam sprzedana posiadała jakiś wirus bakteryjny z Amazonki i otrzymaliśmy w prezencie jeszcze jedną chorobę więcej. Dotyczy to również innych egzotycznych miejsc, nie koniecznie Peru. Miejmy nadzieję, że ludzie zaangażowani w procesy dostarczania produktów dla nas, potrzebujących, są świadomi swojej roli jaką pełnią w tym procesie i dostarczają czyste 99% naturalne produkty w oryginalnej postaci, nie przerobionej i bez dodatków.

Bogaci w doświadczenia i nowe informacje, przed odjazdem z Peru, mieliśmy przyjemność spotkać pana Marka Lubińskiego, właściciela firmy o nazwie International Polish & Peruvian Independent Fitoterapy Association w Limie. IPPIFA również zajmuje się wysyłaniem ziół do zainteresowanych. Pan Marek po otrzymaniu od pacjenta kompletu potrzebnych papierów odnośnie historii choroby, również kontaktuje się z ojcem Szeligą w celu postawienia diagnozy i otrzymania recepty, na podstawie której układa proporcję ziół na okres kuracji. Niestety IPPIFA nie przyjmuje pacjentów na kuracje, w przeciwieństwie do pana Jerzego Zakrzewskiego, który oferuje zakwaterowanie w hotelu Polonia położonego w jednej z bogatszych dzielnic Limy oraz terapię ziołową, włącznie z konsultacją u ojca Szeligi.

Na zakończenie chciałbym podsumować w kilku słowach sytuację wokół Vilcacory. Zioła te są dostępne z kilku źródeł, ale bardzo ważną rzeczą jest postawienie właściwej diagnozy, przez osobę kompetentną, z doświadczeniem, jak na przykład ojciec Szeliga. Proces uzdrawiania właściwie zarządzony, może przynieść leczącemu maksymalne efekty. Moim osobistym zdaniem (które nie jest zaleceniem, stwierdzeniem lub diagnozą autoryzowaną przez Ministerstwo Zdrowia, lub FDA, lub jakąkolwiek inną organizację), na podstawie odbytej podróży do Peru, najbardziej skutecznym procesem leczenia jest tymczasowy pobyt w pobliżu dżungli amazońskiej. Po zaaklimatyzowaniu się, oczyszczeniu ze zbędnych konserwantów, chemikaliów, pasożytów i odkwaszeniu się, jedząc lokalne naturalnie rosnące warzywa i dojrzałe świeże owoce, płody rolne, pijąc czystą wodę i oddychając świeżym powietrzem możemy w krótkim czasie rozpocząć proces uzdrowienia organizmu. Nawet jeśli zachodzi taka potrzeba, to można używać zioła prosto z pobliskiej dżungli. Wiem, że dla wielu czytających ten artykuł powyższe stwierdzenie wydaje się być rzeczą fantastyczną, ale nie jest to wcale niemożliwe. Krótki wyjazd do Peru może zainicjować zmiany, a bynajmniej obudzić z letargu umysłowego. Oczywiście nie mam na myśli przelotu samolotem z dużego miasta do Limy i z powrotem, tylko poszukiwanie odpowiedzi na pytania, które nas nurtują.

Artykuł ten napisałem z własnej nie przymuszonej woli, bez wpływu jakichkolwiek instytucji lub organizacji, w celu podzielenia się wrażeniami i krótkiego opisania ciekawszych zdarzeń jakie miały miejsce w czasie podróży.

Z poważaniem Gienek R.

Email:Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.


Komentarze  

0 #3 Guest 2010-04-10 05:14
nudne to było!!!!!!!!!!! !!!!!!!!!!!!!!! !!!!!!!!!!! :evil: :evil: :evil: :evil: :evil: :evil: :evil: :evil: :evil:
Cytować
0 #2 obiektywna 2010-04-09 12:32
Ciekawy artykul, ja mieszkam w Chicago. Probowalam juz Una de Gato ojca Szeligi z bardzo zadawalajacym skutkiem.
Cytować
-1 #1 Zbyszek 2008-08-29 10:38
Interesujacy artykul. Ja mieszkam od 2003 roku w Paragwaju i mam kontakt z ziolami jak i Una de Gato, (Bignonia unguis cati) ktore to ziolo ma idianska nazwe:
Mbarakaja pyape w jez. guarani.
Pozdrawiam serdecznie z Paragwaju
http://www.paraguay-info.eu
Cytować

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież